Aktualności

Rozmowa z Darią Sobik i Pamelą Leończyk

Rozmowa z Darią Sobik i Pamelą Leończyk

Między wieżą a kominem,

czyli o cudowności w pewnych aspektach

 

Autorki prapremierowego spektaklu „Cudowne” podkreślają, że nie interesują je wielkie narracje. Bardziej cenią drobne, intymne historie. W nowej realizacji sięgają po skandal sprzed stu lat. Profanację Obrazu Jasnogórskiego przenoszą w czasy nam współczesne, by opowiedzieć o tym, co uniwersalne: o prawdzie i nieprawdzie, wierze i niewierze, a także o tym, co cudowne lub nie.

 

O pracy nad prapremierowym tytułem

Ewie Oleś i Zuzannie Sulidze opowiadają

dramaturżka Daria Sobik i reżyserka Pamela Leończyk

 

Z.S.: Skąd pomysł na realizację sztuki o Częstochowie?

D.S.: Skontaktowałyśmy się z dyrektorką Magdaleną Woch i konsultantką programowo-artystyczną Agatą Biziuk. Wówczas pracowałyśmy z Pamelą nad „Tęsknicą” sztuką o wysiedlonych mieszkańcach wsi Wigancice Żytawskie. Pomysł, by uczynić Częstochowę tematem nowego spektaklu, wydawał nam się intrygujący, bo sama jestem ze Śląska. Pochodzę z Wodzisławia Śląskiego.

P.L.: A ja jestem z bardzo odległych Sejn. Ale to, żeby Częstochowa została bohaterką naszej sztuki, bardzo mi się spodobał!

D.S.: Dla mnie Częstochowa jest miastem bliskim geograficznie, chociaż odległym mentalnie. Kiedy wspólnie z Pamelą myślałyśmy o Częstochowie, zastanowiło nas to, że od dawna nie powstał żaden reportaż o tym mieście. Przecież to jest tak fascynujące miejsce. Liczymy, że taka książka zostanie kiedyś wydana. A w międzyczasie robimy spektakl (śmiech).

Z.S.: Punktem wyjścia dla Waszej pracy są opowieści mieszkańców. Stworzenie tekstu od podstaw, napisanie swojej historii jest dla Was bardziej frapujące niż sięgnięcie po dramaty już istniejące ?

P.L.: Często pracujemy na bazie historii, które nie zostały jeszcze opisane albo opisano je w konkretnym kontekście, a my chciałybyśmy to odczytać inaczej. Przefiltrować przez swoją wrażliwość i nadać inne tropy interpretacyjne. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich naszych spektakli, ale część z nich realizujemy, opierając się na bazie wcześniej wykonanego researchu. Wierzymy też, że określona społeczność wie więcej o sobie niż my o niej, choćbyśmy przeczytały na ten temat wiele opracowań.

 

E.O.: To jest rodzaj pracy reporterskiej?

D.S.: Nie interesuje nas reporterski klimat, raczej skupiamy się na poszczególnych opowieściach. Rozmowy bardziej służą jako inspiracje do fikcjonalizacji opowieści, balansowania pomiędzy prawdą a czymś wymyślonym. Mamy wrażenie, że sięgając po prawdziwe historie, często wchodzimy w intymne opowieści, które być może nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie scenariusz. Stąd pozwalamy sobie je przekształcać w taki sposób, żeby się stały bardziej uniwersalne i mogły zahaczyć o szerszy krąg odbiorców.

P.L.: Wyciągamy z tych opowieści to, co jest bliskie nam samym lub dotyka aktualnych problemów społecznych czy politycznych. Wybieramy takie historie, o których można opowiedzieć w teatrze.

 

Z.S.: Tak narodziła się wspomniana „Tęsknica”?

D.S.: W „Tęsknicy” poznajemy mieszkańców po dwudziestu latach od zlikwidowania wsi, kiedy w czynie społecznym porządkują tereny byłych posesji, koszą trawę, zasiewają kwiaty łubinu. Spotykają się na piknikach i potańcówkach, a każdego roku organizują huczny międzypokoleniowy zjazd, na którym wybierają miss i mistera wioski.

P.L.: Pracę nad tym tekstem rozpoczęłyśmy w ramach festiwalu Nowe Epifanie. Dostałyśmy dofinansowanie na realizację „Tęsknicy” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Myślę, że bezpośrednią inspiracją dla mnie była wystawa Diany Lelonek, Mateusza Krzesińskiego oraz Moniki Marciniak „Zakopany krajobraz” w siedzibie Krytyki Politycznej w Warszawie w 2022 roku. Artyści prezentowali wówczas zdjęcia miejscowości wysiedlonych przez kopalnie. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Wigancicach Żytawskich. Zdecydowałyśmy się na realizację „Tęsknicy”, ponieważ bardzo nas poruszył temat silnej więzi, która łączy tę wspólnotę.

 

Z.S.: Tym razem wiele godzin poświęciłyście na rozmowy z mieszkańcami Częstochowy. Co jeszcze łączy „Tęsknicę” i „Cudowne”?

D.S.: Są to spektakle, które faktycznie wychodzą z refleksji nad tym, czym jest społeczność danego miejsca. Łączą je jakieś przeszłe historie, które do dziś odbijają się echem. Fakt, że „Tęsknica” była poprowadzona z perspektywy Elżbiety Jaworowicz, wziął się z informacji, którą zasłyszałyśmy na jednym ze spotkań, że dziennikarka kiedyś faktycznie tam była. Taka drobna historia stała się główną osią spektaklu.

Jeśli chodzi o „Cudowne”, to na początku odżegnałyśmy się od tematu religijności, jednak w każdej rozmowie wspominana była Jasna Góra, symboliczny podział miasta między wieżą a kominem. Usłyszałyśmy o miejscu wielu kontrastów, a temat Kościoła jakoś samoistnie wracał. Stwierdziłyśmy, że byłoby zakłamaniem zamknięcie na to oczu i uszu.

Sam temat kradzieży Obrazu Jasnogórskiego połączył wszystkie wydarzenia, o których usłyszałyśmy. Jak widać, proces twórczy jest nieprzewidywalny, nawet dla nas samych. To podążanie za tematem stolicy duchowej Polski było dla nas oczywiście trudniejsze niż to, co sobie założyłyśmy wcześniej.

P.L.: Chyba wątki wspólne łączące „Tęsknicę” i „Cudowne” wynikają również z optyki, którą przyjmujemy w realizacji spektakli. W pierwszym przypadku uwiodło nas myślenie o wspólnocie i zbiorowości ludzi, którzy z jakiegoś powodu chcą być razem. Tym razem ten finalny wydźwięk ma także pokazać, że jako społeczność jesteśmy w stanie funkcjonować wspólnie, mimo że dzieli nas tak wiele.

 

E.O.: Macie świadomość, że Wasza najnowsza realizacja obarczona jest sporymi oczekiwaniami? Przecież to tekst z Częstochową w tle… Każdy z nas chce co innego w nim zobaczyć.

P.L.: Dziękujemy za presję (śmiech).

 

E.O.: Sztuka bardzo mi się podoba. Choć kiedy przeczytałam pierwszą jej wersję, to żałowałam, że tych częstochowskich tropów nie ma więcej… Ale kiedy sięgnęłam po drugą – zachwyciłam się. To jest wspaniale napisane, spójne, a historia Damazego Macocha jest na tyle pojemna, aby opowiedzieć o prawdach uniwersalnych.

D.S.: Dziękujemy. Tych wersji było sporo. Przez cały czas trwania prac nad spektaklem dochodziły kolejne zmiany, jakieś ostatnie szlify. Czym różnią się te wersje, o których wspominasz? Przede wszystkim relacją Matki Boskiej z Jasnowidzką, którą wprowadziłyśmy w  kolejnej wersji tekstu,  a która pojawi się w drugiej części spektaklu.

P.L.: W drugiej wersji jest też więcej świeckości. Zainspirowane tymi opowieściami, które bardzo często dotyczyły Jasnej Góry, dbałyśmy, żeby tekst nikogo nie obrażał. Ale ważne jest dla nas również to, by perspektywa ukazywała różne opcje, skomplikowaną różnorodność. Chcemy być wierne sobie i swoim przekonaniom, a jednocześnie stworzyć przestrzeń do rozmowy na temat różnorodności doświadczeń i przekonań.

 

E.O:. Z opowieści aktorów także dużo czerpałyście?

D.S.: Oczywiście. Od początku zafrapowała nas historia papugi Teresy Dzielskiej. Papuga zaginęła w zeszłe wakacje i po kilkudniowych poszukiwaniach znalazła się na dachu jednego z częstochowskich kościołów. Ale zanim się tak stało, została uchwycona przez jednego z mieszkańców na zdjęciu, kiedy siedziała na wieży jasnogórskiej. Ta opowieść była na tyle inspirująca, że postanowiłyśmy dołożyć wątek papugi do naszej sztuki. A ponieważ Teresa interesuje się tarotem, dostała w „Cudownych” rolę Jasnowidzki.

 

E.O.: Podejrzewam, że Michał Kula na pierwszej próbie przedstawił Wam się po prostu jako Majkel. Stąd nazwa postaci?

P.L.: Tak, tak (śmiech). Michał był inspiracją dla postaci detektywa. Stąd w dramacie pojawił się bohater o imieniu Majkel, ale i przewinął się we wspomnieniach Kirk Douglas, którego Michał ceni. Budując te postaci, często korzystałyśmy z tego, co opowiedzieli nam aktorzy. Udało się przemycić niektóre prywatne wątki z ich życiorysów. Dzięki temu mam wrażenie, że buduje się tu rodzaj niestandardowej relacji aktora ze swoją postacią.

D.S.: A propos Kirka Douglasa… W toku naszych dociekań okazało się, że aktor był w Polsce w 1956 roku. W Filmówce uczył kaskaderstwa studentów aktorstwa (śmiech).

 

E.O.: Myślę, że jest to dla aktorów ciekawe doświadczenie, żeby do granych postaci dorzucić kawałek swojej historii.

P.L.: Mamy nadzieję, że tak. Wplotłyśmy w tekst dramatu także inne opowieści, na przykład o częstochowskim magiku Lemano, który pojawia się jako reminiscencja dzieciństwa Wojciecha. O swoim tacie opowiedział nam częstochowianin Paweł Lemanik. Postać na scenie wspominana jest przez pryzmat syna iluzjonisty, którego gra Waldemar Cudzik. Opowiedziana historia została przez Darię nieco przekształcona, poszerzona również o perspektywę prywatnych rozmów z Waldkiem.

E.O.: Dostrzegam w Was żyłkę socjologa, który z uwagą obserwuje ludzi, społeczność i wyciąga wnioski, a Wy dodatkowo przetwarzacie to na sztukę. Podoba mi się Wasza wnikliwość i wrażliwość, z jaką opowiadacie o ważnych sprawach. Historii częstochowian poznałyście dużo. Na ile te rozmowy wniosły w projekt coś istotnego?

D.S.: Myślę, że stworzyły mapę tego miejsca, emocji, wrażeń, migotliwych wspomnień, które często się wykluczały, często wchodziły ze sobą w konflikt czy były narracjami odległymi od siebie. Przyznam, że miałam dużą przyjemność ze spisywania nagrań i oglądania wszystkich szczególików w ogromie notatek. To był porządny budulec do stworzenia postaci i tła tego miejsca.

 

E. O.: Nie będzie to więc standardowa opowieść o naszym mieście?

D.S.: Nie interesują nas wielkie narracje. Wolimy drobne, intymne historie, które tworzą szerszy kontekst. Te opowieści prowadziły często do wymieniania się doświadczeniami, uruchamiały wspomnienia, także z dzieciństwa.

E.O.: Wróćmy do clou Waszej opowieści. Fabuła oparta jest na historii kryminalnej sprzed ponad stu lat. Głównym jej bohaterem jest Damazy Macoch, paulin, o którego życiu rozpisywała się prasa zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Ale, dodajmy, nie z powodu jego zasług…

D.S.: I tu pewna przewrotność, bo akurat na historię Damazego nikt podczas naszych wywiadów nas nie naprowadził. Myśląc o religijnych wątkach, zadałam sobie pytanie, czy symbol Jasnej Góry i poniekąd tego miasta, czyli obraz Czarnej Madonny, został kiedykolwiek skradziony? Czy zdarzyło się tak, że to najświętsze miejsce zostało zbezczeszczone? Kiedy tożsamość miasta buduje się na czymś tak wielkim, to aż się chce zapytać, co by się stało, gdyby tego nie było.

 

Z. S.: I co było dalej?

D.S.: Poszukiwałam informacji, czy kiedykolwiek skradziono Obraz Jasnogórski. I trafiłam na historię procesu Damazego Macocha z 1912 roku. Wydarzenie opisywane było w prasie leadami, że ta historia wstrząsnęła ludźmi bardziej niż zatonięcie Titanica, które zdarzyło się w tym samym roku. A później okazało się, że opowiadano o tym już na scenach teatralnych, m.in. w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

 

E.O.: Naprawdę?

D.S.: W 1976 r. Zygmunt Hübner wyreżyserował tam „Odpocznij po biegu” na podstawie powieści Władysława Terleckiego, w której autor nawiązywał do sprawy Damazego Macocha.

 

P.L.: Zanim jeszcze Daria trafiła na historię Macocha, myślałam, żeby sięgnąć po opowieść o Szpicbródce. I być może stąd pojawiło się zafascynowanie wątkiem kryminalnym. Próbowałam przekonać Darię, żebyśmy zrobiły spektakl o głośnym zarówno w Częstochowie, jak i w całej Polsce napadzie na bank. Niemniej patrząc z dramaturgicznego punktu widzenia, historia Damazego Macocha dostarcza dużo zwrotów akcji, przygód, emocji. Bo to jednak nie tylko kradzież, ale też miłość, morderstwo, pieniądze…

 

E.O.: Zastanawiałam się, czy historia Macocha jest znana częstochowianom. Czy ona funkcjonuje w zbiorowej pamięci. Ja o nim wiedziałam niewiele… Ale chwilę po opublikowaniu Twojego tekstu promocyjnego o spektaklu na profilu teatralnym w mediach społecznościowych napisała do mnie znajoma. A treść tej informacji brzmiała mniej więcej tak: „Muszę być na tym spektaklu! Macoch przewinął się przez moją rodzinę”. Pomyślałam sobie wtedy, że to jest… cudowne, że historia ożyła.

P.L.: Naprawdę? Ale wspaniała informacja! No to teraz mamy jeszcze większy stres (śmiech).

Zaznaczmy jednak, że życie Macocha to punkt wyjścia, inspiracja do tego, żeby opowiedzieć nieco inną historię. Wątki z biografii tej postaci rzeczywiście pojawiają się w naszym spektaklu, ale fakty są tylko inspiracją do tworzenia wymyślonej fabuły.

 

Z.S.: Rozmawiamy o Jasnej Górze, Cudownym Obrazie, a nie zapytałyśmy Was jeszcze o pielgrzymki. Pielgrzymowałyście przed laty do Częstochowy?

D.S.: Byłam tu raz czy dwa.

P.L.: Też byłam! I to na pielgrzymce harcerskiej. To nie była pielgrzymka piesza, tylko zostaliśmy… podwiezieni na parking. Zwiedzając sanktuarium, poczułam się tak przebodźcowana liczbą ludzi, atrakcji, wspaniałą architekturą, że niewiele pamiętałam z tego wyjazdu. Miałam wtedy 16 lat i byłam odpowiedzialna za całą grupę. Stąd to doświadczenie było dla mnie bardziej społeczne, grupowe niż mistyczne czy sakralne.

 

Z.S.: Przy okazji realizacji tego spektaklu powróciłyście do sanktuarium?

D.S.: Kiedy weszłyśmy we współpracę z Teatrem, poszłyśmy na Jasną Górę. I nasze odczucia były… ambiwalentne. Pamiętam, że zachwycił mnie ogrom i mistycyzm, które dały się odczuć przez architekturę, ale też tłum, który napierał i chciał być jak najbliżej obrazu. I mimo że dla mnie są to doświadczenia obce – nie uczestniczę w życiu Kościoła – to czułam, że musimy pilnować tego, by do tematu wiary podejść z szacunkiem, czułością i uczciwością. I mam wrażenie, że patrzyłyśmy wtedy właśnie takimi oczami, bardzo uważnymi i szeroko otwartymi. Nawet kupiłyśmy sobie na okolicznym straganie po Matce Boskiej fluorescencyjnej, które jednak nie świecą w nocy, więc…

 

Z.S.: Zostałyście oszukane (śmiech).

P.L.: Tego samego dnia zdarzyło się coś, co również wpłynęło na „Cudowne”. Oddało paradoks tego miasta. Wieczorem poszłyśmy na plac Biegańskiego. Miałyśmy plan, żeby wypić kawę, posiedzieć w klimatycznym miejscu. I co się wydarzyło? Piętrowym autobusem na plac Biegańskiego przyjechała drużyna Rakowa, która zdobyła właśnie mistrzostwo Polski.

D.S.: Mnóstwo ludzi, race, kolory, dym…

P.L.: Ogromna scena, wszędzie radość i takie poczucie wspólnoty, niesłychanego zaangażowania. Byłyśmy tam przypadkowo i dosłownie na nas wjechał autobus z piłkarzami, trzymającymi w dłoniach puchar. Przyznam, że byłam trochę przerażona, nie wiedząc dokładnie, co się dzieje. I wtedy doszło do nas, że Raków Ave! (śmiech).

D.S.: I to było niesamowite.

P.L.: Wtedy po prostu doświadczyłyśmy tych dwóch twarzy miasta.

 

E.O.: Przed naszą rozmową zastanawiałam się nad specyfiką Częstochowy. I doszłam do wniosku, że nie widzę różnic między nami a mieszkańcami innych miast. Ale teraz trochę mnie sprowokowałaś do pogrzebania w pamięci. Tak, jest to miasto kontrastów: z Jasną Górą w tle i zarządzane przez lewicę, miasto różnych marszów, często o odmiennej ideologii. Wysłuchanej w domu mszy z Jasnej Góry, która jest nagłośniona tak, że chcąc nie chcąc, wiesz o czym było kazanie …

P.L.: To ciekawe, że pierwszą Twoją refleksją było to, że tych różnic nie dostrzegasz…

 

E. O.: Może specyfika miasta narzuca pewien kontekst? No ale co dalej z tym Rakowem?

P.L.: Po spotkaniu z Rakowem miałyśmy takie wrażenie, że dziś kibic stanowi jakąś ewolucję pielgrzyma…

 

E.O.: Nowa forma pielgrzymowania?

P.L.: Tak, za swoją drużyną po różnych miastach, żeby zobaczyć, jak gra na innych stadionach z innymi zespołami. Efektem tej sytuacji jest to, że jedną z bohaterek naszego spektaklu stała się Magdalena, grana przez Agnieszkę Łopacką, która ma kibicowskie zacięcie (śmiech).

 

E.O.: Kolejna rzecz mi się przypomniała. Kilka lat temu, 11 listopada, przechodziłam koło dawnego Orbisu, czyli byłam mniej więcej na rogu ulicy Kilińskiego i alei Najświętszej Maryi Panny. Musiałam się zatrzymać, bo marsz narodowców, zmierzał na jasnogórskie błonia. Trochę się wystraszyłam: na dłoniach mieli kastety, dymiły race, poziom agresji sięgał zenitu. Całość ogarniała policja, zabezpieczając tyły. Obok mnie stały cztery starsze panie, które uśmiechając się przyjaźnie, machały do nich. Pewnie myślały, że to pielgrzymi, czyli kompania na Jasną Górę idzie i że warto ich przywitać miłym gestem.

D.S. i P.L.: Kompania?

 

E.O.: Kompania, czyli pielgrzymka. Może to częstochowskie wyrażenie.

 

Z.S.: Jako miłośniczka kryminałów chciałabym jeszcze wrócić do tego wątku sensacyjnego…

D.S.: Ja się od razu przyznam, że nie przeczytałam ani jednego.

 

Z.S.: A mimo to wybrałyście taką formę. I pod kryminalną akcją, pod tym dreszczykiem śledztwa ukrywacie właściwie pewnego rodzaju moralitet.

P.L.: Spektakl będzie miał dwie części. Pierwsza jest bardziej detektywistyczno-kryminalna, owiana tajemnicą i dochodzeniem do prawdy. Natomiast druga – bardziej metafizyczna, mistyczna – zabiera nas w obszar snu. Ale odwołując się do kryminału, przybrałyśmy rodzaj konwencji, która jest powszechnie rozpoznawalna i może nam pomóc opowiedzieć tę historię.

D.S.: Sięgamy po różne konwencje, także po filmowe inspiracje, bo na przykład kino noir zainspirowało nas do zbudowania postaci Majkela. Wydaje mi się, że właśnie temat gatunkowości jest też ciekawy w kontekście poszukiwania prawdy. Czy przez gatunek w ogóle jesteśmy w stanie opowiedzieć jakąś prawdę i czym ona jest? Czy jest powtarzalnym schematem wydarzeń, które dzieją się od zawsze? Czy może w gatunku pojawiać się coś poza kontekstem? Czy gatunek może być złamany?

P.L.: Oprócz tego, że flirtujemy z gatunkami i w ogóle z tym, co w teatrze jest teatralne, performatywne albo parateatralne, pozwalamy sobie na to, żeby niektóre fragmenty spektaklu były bezpośrednim wyjściem do widza i świadomym stawianiem go przed decyzją, czy wierzy w to, co mówi aktor, i czy opowiadane historie są prawdziwe czy zmyślone.

 

Z.S.: Podkreślacie, że nie chcecie nikogo urazić, ale czy ktoś może wyjść zbulwersowany z tego spektaklu?

D.S.: Nie zależy nam na tym, żeby bulwersować.

Właśnie ta ostrożność, którą miałyśmy na początku, wynika z tego, że podejmowanie tematów tak wrażliwych jak Kościół, religia, wiara w Polsce jest ryzykowne i to jeszcze zanim spektakl powstanie. Widzimy to na wielu przykładach. Chociażby „Klątwa” w Teatrze Powszechnym, która wywoła skandal, kiedy jeszcze nikt dobrze nie wiedział, o czym jest spektakl.

My chciałybyśmy tworzyć opowieści, które nie wywołują kontrowersji, tylko po prostu drążą jakiś temat w szerszy sposób, unikając tworzenia podziałów, bo żyjemy w kraju i w ogóle w świecie, który jest przesycony podziałami.

P.L.: Ta historia może budzić emocje, bo gdy żyjemy w pewnych przekonaniach, czasami trudno przyjąć nam to, że ktoś może myśleć inaczej. Ale właśnie na tym nam najbardziej zależy, żeby tworzyć takie przestrzenie, w których mogą funkcjonować różne punkty widzenia.

 

E.O.: W „Cudownych” padają piękne słowa, deklaracje, wypowiadane przez bohaterów: „W działanie miłości wierzę. I odkrywanie prawdy w sobie”, „W nieobecnych czuwanie”, „W siebie wierzę”. Człowiek musi w coś wierzyć? Przypomnijmy, że po skradzionym obrazie została pusta rama, która kiedyś skrywała świętość i tę ramę trzeba czymś zastąpić.

D.S.: Myślę, że motyw pustej ramy jest ważnym wątkiem, ponieważ w niej – tak jak zauważasz – mieści się wiele kwestii, które podejmujemy w tym spektaklu. Natomiast najważniejszym tematem i pytaniem, jakie sobie zadajemy, jest to, czy jesteśmy w stanie odróżnić prawdę od nieprawdy, wiarę od niewiary.

P.L.: Chciałabym, żeby widz wyszedł z tego spektaklu z poczuciem, że to jest w porządku, żeby wrzucać w swoją ramę różne rzeczy i że w tej ramie, którą nazwiemy szumnie społeczeństwem, możemy funkcjonować wspólnie, niezależnie od tego, w co wierzymy.

 

E.O.: Dario, miałam zamiar dopytać jeszcze o Twoją sztukę „Zmęczone”*, która opowiada o pracownikach teatralnych Działów Promocyjno-Literackich i jest gotowym materiałem do wystawienia na scenie, o ile jakikolwiek dyrektor by się na to odważył… Ale to chyba temat na inną rozmowę.

D.S.: Chętnie ją podejmę, bo sama wiele lat pracowałam w Teatrze i wiem, co to znaczy kochać trudną miłością właśnie TEN parkiet, TĘ scenę i TĘ widownię z krzesłami… (śmiech). Ale w „Cudownych” mamy zmęczoną Matkę Boską, a my Jej przecież pozwalamy wyjść z ramy… żeby sobie odpoczęła.

Z.S.: Ale bierze ze sobą też dzieciątko. Absurdalne to…

E.O.: …i cudowne! W każdym wymiarze!

 

Dziękujemy za rozmowę.

 

*Dialog 3/2023 (796)