Aktualności

Rozmowa z Mariuszem Urbańcem, wcielającym się w rolę Macduffa w "Makbecie" w reż. André Hübnera-Ochodlo

Rozmowa z Mariuszem Urbańcem, wcielającym się w rolę Macduffa w "Makbecie" w reż. André Hübnera-Ochodlo

Żeby poruszyć w widzu coś prywatnego, delikatnego, kruchego, co nazywa się dusza…

Jest absolwentem Akademii Teatralnej w Warszawie. Pochodzi z z Jaskrowa pod Częstochową. Ma zaledwie 27 lat, a na swoim koncie współpracę m.in. z Agatą Dudą-Gracz, Marcinem Hycnarem, Krystianem Lupą, Janem Englertem, Piotrem Głowackim.

W częstochowskim Teatrze wcieli się w rolę Macduffa w inscenizacji „Makbeta” w reżyserii André Hübnera-Ochodlo.

Premiera spektaklu odbędzie się 23 kwietnia w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie.

Z MARIUSZEM URBAŃCEM  rozmawiają: Ewa Oleś i Ewa Skowronek.

 

W realizacji „Makbeta” nie pojawiłeś się przypadkowo. Reżyser poszukiwał młodego aktora, który wcieli się w rolę Macduffa. Wysłaliśmy do André Hübnera-Ochodlo portfolio absolwentów szkół teatralnych, którzy z naszym Teatrem byli związani. Spośród wielu propozycji, reżyser wybrał Ciebie. W naszym Teatrze pojawiasz się po raz kolejny, ale tym razem po innej strony widowni.

Tak, będąc w liceum współpracowałem z Teatrem jako wolontariusz i aktywnie uczestniczyłem we wszystkich wydarzeniach, które Teatr organizował, brałem udział w happeningach, oglądałem przedstawienia, przebierałem się za postaci z bajek, rozwieszałem plakaty, roznosiłem repertuary i wiele innych. Przychodziłem tutaj także na lekcje aktorstwa do Adama Hutyry i na lekcje śpiewu do Marzeny Lamch-Łoniewskiej.

To był ten moment, kiedy pomyślałeś, że aktorstwo może być Twoją drogą życiową?

Może to było wtedy… Może trochę później? Chodziłem do Liceum Sienkiewicza i byłem na profilu matematyczno- informatycznym, zupełnie nie wiązałem swojej przyszłości z teatrem. Któregoś dnia kolega zaprosił mnie na spotkanie koła teatralnego, które w moim liceum prowadził Adam Hutyra. Poszedłem z ciekawości, zostałem przyjęty i się zaczęło… Pamiętam, że któregoś razu podczas jednej z prób do spektaklu „Rzeka” Michała Walczaka Pan Adam powiedział, że zobaczył w scenie, którą grałem z koleżanką Olą Staniewską jakieś zalążki aktorstwa. I to był ten moment.

A wcześniej jakie miałeś plany na siebie?

Jak byłem dzieckiem oczywiście chciałem zostać strażakiem. Nieco później – pilotem. Napisałem nawet list do Polskich Linii Lotniczych LOT z prośbą o przyjęcie mnie na to stanowisko. Niestety nie odpisali…Kiedy byłem w pierwszej klasie liceum myślałem, że zostanę profesorem fizyki, a później, że programistą. I nawet po skończeniu Akademii Teatralnej, kiedy przez pewien czas nie pracowałem w zawodzie, ta myśl o powrocie do programowania przez chwilę dominowała w mojej głowie.

A pamiętasz jakie teksty mówiłeś na egzaminach wstępnych do szkoły teatralnej?

Uhh… Ostatnio robiłem porządki w komputerze i znalazłem folder zatytułowany: „Teksty na egzaminy” i było ich tam ponad 30. Na pewno na jednym z ostatnich egzaminów mówiłem fragment poematu Majakowskiego pt. „Obłok w spodniach” i fragmenty z opowiadań Marka Hłaski. Z klasyki literatury: „Pana Tadeusza”; z piosenek: „Wojnę postu z karnawałem” Jacka Kaczmarskiego. Zaśpiewałem ją podczas egzaminów tragicznie, nie wstrzeliłem się w tonację, zgubiłem rytm, zgłupiałem, nie słyszałem podkładu. I wtedy stwierdziłem, że muszę się ratować energią.

Wyszło Ci to na dobre, bo do szkoły zostałeś przyjęty.

Pewnie tak. Ostatnio czytałem wywiad z reżyserką obsady, która mówiąc o egzaminach wstępnych nawiązała do tego stresu, czekania na korytarzach, powtarzania tekstów, próby utrzymania koncentracji. W takich okolicznościach nagle trzeba wejść na salę egzaminacyjną i cytuję: „pierdolnąć brokatem”. I może o to właśnie chodzi, żeby się pewnymi rzeczami nie przejmować i być tym, kim się jest naprawdę. 

 Akademia Teatralna w Warszawie, to był Twój pierwszy wybór?

Nie, próbowałem też oczywiście w latach wcześniejszych, zdawać do innych szkół. Przez rok, po pierwszym nieudanym podejściu, studiowałem filologię angielską, później poszedłem do Lart Studio w Krakowie i dopiero za trzecim razem udało mi się dostać AT w Warszawie.

Wyjdźmy na chwilę ze szkoły…

Jeszcze z niej do końca nie wyszedłem, ponieważ nie obroniłem pracy magisterskiej. Planuję to zrobić w maju.

A jaki jest temat Twojej pracy ?

„Teatr - miejsce święte? Relacje sacrum i profanum w antycznej Grecji w przełożeniu na czasy współczesne”.

Nawiązując do tematu pracy: dla Ciebie teatr to miejsce święte ? Praca w teatrze jest rodzajem misji?

Pisząc pracę, zwróciłem się do reżyserki Agaty Dudy-Gracz z prośbą, aby odpowiedziała na pytanie, czym jest współcześnie sacrum i profanum w teatrze. Zacytuję jej odpowiedź. Zajrzę tylko do pliku, który mam w telefonie.

Pytanie brzmiało: „Jak Pani zdaniem istotne są dwa czynniki dla teatru: sacrum i profanum?

Odpowiedziała: „Współczesny Teatr w wielu swoich odmianach odżegnuje się od tradycji. W związku z czym, szuka innych napięć od tych klasycznych. Odnoszę wrażenie, że bardziej skupiamy się dziś na ukazywaniu różnych punktów widzenia niż na stygmatyzowaniu „święte”,  „nie-święte”. Współczesny teatr, jest zdecydowanie mniej moralizatorski i mniej misyjny, w związku z czym zagadnienie sacrum i profanum traci na swej nośności.”

Zgadzam się z wypowiedzią Agaty w stu procentach. I z takim teatrem chciałbym mieć najwięcej wspólnego.

Oczywiście można zapytać, jak inaczej rozumie się misyjność teatru? Bo, może jest to też zaangażowanie społeczno-polityczne? I z tym mi nie do końca po drodze. Ale można to pojęcie zrozumieć jako misję dotykania poezji, uwrażliwiania, spotkania z metafizyką, czy możliwością przyjrzenia się samemu sobie w lustrze sceny. Myślę, że każdy aktor chce mieć świadomość, że dzięki temu, co pokazał na scenie, poruszył w widzu coś prywatnego, kruchego, delikatnego, co nazywa się dusza.

W czerwcu 2021r. wyszedłeś poza mury uczelni, w rzeczywistość pandemiczną – teatry z reguły były zamknięte, dyrektorzy niechętnie przyjmowali nowych aktorów na etat. Jakie emocje Ci wówczas towarzyszyły?

Nie był to na pewno czas napawający nadzieją. Myślałem, że po skończeniu szkoły znajdę się w teatrze na etacie i że będę miał  możliwość dalszego uczenia się, obserwując kolegów po fachu. Niestety tak się nie zdarzyło. Ale też szczerze mówiąc, nie dokładałem zbyt wiele starań, żeby w jakimś teatrze znaleźć się na stałe. Na szczęście  miałem jeszcze taki „inkubator poszkolny”. Na  naszej uczeni jest Wydział Reżyserii i studenci tego kierunku robią tzw. ćwiartki reżyserskie, czyli małe wewnątrzuczelniane spektakle. Często brałem w nich udział. Poza tym, w czasie pandemii udało mi się zrobić kilka ciekawych rzeczy. Teraz na stałe pracuję w Escape Roomie, gdzie mogę wykorzystać zdobytą podczas studiów wiedzę (śmiech). Praca, jakakolwiek praca, pozwala na zachowanie wewnętrznego spokoju. Ezop powiedział, że „Praca jest dla człowieka skarbem”. I ja się z tym zgadzam. Siedząc w domu można zwariować.

Marcin  Perchuć, Wasz dziekan powiedział w jednym z  wywiadów, że szkoła teatralna, to nie fabryka i nie każdy dostanie po niej pracę, ale przygotowuje aktora na to, żeby wykonywał zawody poboczne czy zupełnie inne i tam się też odnajdywał.

Tak, wykładowcy już od pierwszego roku powtarzali nam, że na egzaminach wstępnych selekcja się nie kończy.

Jeden z Twoich dyplomów, to „Ustawienia ze świętymi, czyli rozmowy obrazów” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Spektakl entuzjastycznie przyjęty zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Podobno bardzo usilnie zabiegaliście o to, aby Pani Agata zrobiła z Waszym rokiem spektakl dyplomowy.

Tak, to prawda. Bardzo nam zależało, aby z nią współpracować. A wszystko zaczęło się od tego, że zobaczyliśmy jej znakomite „Wesele we wsi Kamyk”, które zrealizowała w Teatrze Nowym w Poznaniu. Zafascynowała nas. Zaczęliśmy jeździć za Agatą po Polsce i oglądać jej spektakle.Kiedy zabiegaliśmy o to, aby z nami zrobiła dyplom, ona była umówiona z profesorem Domalikiem na realizacje dyplomu z rokiem, który był wyżej od naszego, a którego opiekunem był właśnie prof. Domalik. Ale my byliśmy nieustępliwi. Reżyserka wyraziła zgodę, myśląc, że jesteśmy rokiem, o którym rozmawiał z nią profesor. Kiedy prawda wyszła na jaw, nie miała już wyboru, zgodziła się. Tak powstała „Porcelanka” roku wyżej i nasze „Ustawienia”(śmiech).                                     

Co Wam dała Agata Duda-Gracz?

Ona jest szamanką i robi niesamowite rzeczy. Próby z nią to było misterium, coś, co ocierało się o parapsychologię. Dla mnie okres prób jest zawsze dużo ciekawszy, niż samo granie spektaklu, bo jest to czas intensywnego poszukiwania… Choć te poszukiwania na premierze się oczywiście nie kończą, ale nie są już na pewno tak intensywne, jak w czasie pracy nad sztuką. Próby z Agatą były intensywne, emocjonujące. Często także bardzo wyczerpujące psychicznie: ludzie zalewali się łzami i wchodzili w stany ekstremalne dla ludzkiej psychiki. Podczas tworzenia tego spektaklu, pojawiała się metafizyka…W teatrze właśnie to mnie najbardziej interesuje. Ponadto Agata, poprzez swój system pracy ofiarowała nam bardzo wiele narzędzi, innych niż te, które dostaliśmy w procesie kształcenia w Akademii Teatralnej.

Czy wychodzenie z roli jest dla Ciebie trudnym procesem?

Rozgraniczam życie od fikcji, dlatego odpowiem na to pytanie mało romantycznie: wychodzenie z roli nie jest u mnie długim czy traumatycznym procesem. Choć wiem, że są aktorzy, którzy wchodzą w rolę całym sobą: żyją postacią. Może trzeba w tym zawodzie odrzucić od siebie cenzora? Ale ja chyba jestem zbyt pragmatyczny.W aktorstwie dużą wagę poświęcam koncentracji. Utrzymanie jej, pozwala wytworzyć u widza pewnego rodzaju obcość, czyli iluzję przebywania w innym świecie. Koncentracja powoduje u mnie na przykład to, że trąbiący samochód na zewnątrz teatru, czy jadące pogotowie nie są w stanie odciągnąć mnie od scenicznego „tu i teraz”. Na scenie jestem głuchy na życie zewnętrzne. I to może dawać iluzję odrębności i totalnego wejścia w rolę, odcięcia się od świata realnego.

Pracowałeś z wieloma wybitnymi artystami: Agatą Dudą-Gracz, Marcinem Hycnarem, Janem Englertem i.in. Czego Cię nauczyli, co od nich wziąłeś, do czego Cię zainspirowali?

Jeśli chodzi o Agatę Dudę-Gracz, to tak, jak wspominałem wcześniej -otrzymałem od niej bardzo wiele narzędzi aktorskich, które przydają mi się w procesie tworzenia nowych ról. I jeszcze jedno – nazwałbym to… szczególnym uwrażliwieniem na kruchość człowieczeństwa.

Od profesora Jana Englerta nauczyłem się luzu i tego, aby nie przejmować się nadmiernie wszystkim co wokół.

Wspomnę jeszcze profesora Andrzeja Domalika, który także odcisnął na mnie piętno swojej edukacji. Po jednym z egzaminów, kiedy zagraliśmy „Szklaną menażerię”,  podszedł do nas i powiedział: „Odwaliliście kawał dobrej, nikomu do niczego niepotrzebnej roboty”. Uważam, że to prawda, bo teatr pozwala nam na wznoszenie się, na spotkanie z absolutem, ale… nie jest niezbędny do egzystencji.

Jeśli chodzi o Marcina Hycnara to przede wszystkim kojarzy mi się z takimi pojęciami jak: etyka pracy, bystrość, zorganizowanie, syntetyczne myślenie.

Z jakimi reżyserami teraz chciałbyś współpracować i w jakich rolach być obsadzany?

Na pewno z Alexem Garlandem, który wyreżyserował m.in. „Ex-machinę”, a także Paolo Sorentino. Do Sorentino napisałem kiedyś mail i podobnie jak ludzie z Polskich Linii Lotniczych nie odpisał mi. (śmiech). Z polskich reżyserów teatralnych cenię bardzo Monikę Strzępkę i marzę, aby z nią pracować; a filmowo to z pewnością ważnym dla mnie nazwiskiem jest Aleksandra Terpińska, reżyserka „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej. Chciałem też zawsze zagrać u Xawerego Żuławskiego, który robi bardzo specyficzne filmy. Może to marzenie się niedługo spełni.  Bardzo cenię także Dorotę Kobielę, reżyserkę „Twojego Vincenta”. I miałem szczęście, bo wraz z moim kolegą Szymonem Kuklą pojawiamy się w jej nowym filmie pt.  „Chłopi” na… pewnie jakieś 5 sekund (śmiech). Jestem zachwycony techniką produkcji, malowanymi kadrami.

Czy dla aktora niezbędne jest skończenie szkoły teatralnej?

Patrząc na legendarny Teatr Cricot 2 Tadeusza Kantora, gdzie nikt nie był aktorem dyplomowanym, a wszyscy robili rzeczy fenomenalne, to mogę stwierdzić, że szkoła nie jest potrzebna. Z drugiej strony – mnie potrzebna była z wielu powodów. Jestem introwertykiem. I kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, miałem takie poczucie, że jestem osobny, że nie do końca jestem w stanie odnaleźć się w rzeczywistości. Nie do końca czułem akceptację rówieśników. A poczucie akceptacji, leży u podstaw ludzkich potrzeb. I szkoła teatralna uświadomiła mi, że to może nie ze mną był problem, tylko może tam, gdzie się znajdowałem, nie do końca mogłem się odnaleźć? W szkole spotkałem ludzi, którzy maja wspólny cel, zainteresowania i podobną wrażliwość na świat. Wówczas poczułem, że nie tylko ja mogę się interesować innymi ludźmi, ale również oni mną. Ponadto w szkole spotkałem wspaniałych profesorów, których mogłem podpatrywać, uczyć się od nich. Szkoła uczy techniki, warsztatu, radzenia sobie psychicznie z tym zawodem.

Wróćmy na chwile do naszego Teatru i najnowszej premiery. Czy przed pierwszą próbą „Makbeta” sięgnąłeś do opracowań dotyczących twórczości Szekspira, a może do innych tłumaczeń?

Do opracowań nie sięgałem. Inne tłumaczenia znałem z kilku scenicznych spotkań z Szekspirem. Widziałem, że André zrobił bardzo autorską adaptację więc nie miałem potrzeby zagłębiania się w innych tekstach. Dostałem scenariusz i on był dla mnie wystarczający.

Co dla Ciebie jest najważniejsze w przygotowaniu tej, konkretnej roli?

 Proces przygotowania i zżycia się z rolą trwa przez cały okres prób i grania spektaklu – choć wówczas, jak wspomniałem - już trochę mniej intensywnie. W budowaniu roli najpiękniejsze jest to, że tworzysz nowego człowieka, nowy byt, który przecież nigdy nie istniał i istnieć naprawdę nie będzie. On jednak ożywa i „słowo staje się ciałem”.

A co dla mnie jest ważne w myśleniu o Macduffie? Ważny jest pierścień. Wiem, że brzmi to dziwnie…(śmiech). Znalazłem go w teatralnej rekwizytorni i pomyślałem, że jest dla mnie symbolem duszy Macduffa. Ta postać osadzona jest w pewnej konwencji, rytuale. Wczoraj, podczas próby, kiedy stałem na scenie ze skrzyżowanymi do tyłu rękoma, zorientowałem się, że nie mam go przy sobie. Zgubiłem. Wytrąciło mnie to z równowagi, ze skupienia. Oczywiście to jest drobiazg, przecież widz nie jest w stanie dostrzec czy ja go mam czy nie… Opowiadam o tym, dlatego, że nieraz pojawiają się takie drobne rzeczy, które tworzą w naszej głowie pewien odnośnik, od którego wyobraźnia może wypuszczać swoje pędy. Profesor Komasa ma ponoć taki zwyczaj, że do każdej roli, dobiera sobie inne perfumy. I na bazie zapachu tych perfum jego wyobraźnia pewnie zaczyna kiełkować i rozwija się w różne strony. Podobnie jest z tym moim  pierścieniem. Od niego zaczął się byt Macduffa. A to,  jak później to wszystko rozkwita, to już ciężko wyjaśnić.  

Stanąłeś na scenie legendarnego Globe Theatre w Londynie. Mało tego, zagrałeś Hamleta. 

Tak, to była cudowna przygoda. A jak to się zaczęło? Podczas  otwarcia Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku, ogłoszono alarm bombowy. Sale ewakuowano i wszyscy stali na zewnątrz. Wśród tych osób byli: profesor AT - Waldemar Raźniak i Patrick Spottiswoode, związany z The Globe. I tam się poznali.  Patrick organizował w teatrze The Globe,  Festiwal imienia Sama Wanamakera. Na tym festiwalu, co roku, pojawiały się dwie osoby, wybrane z każdej z angielskich szkół teatralnych. Dzięki znajomości zawartej z prof. Raźniakiem, taka szansa zaistniała również dla studentów z AT. W Akademii odbyły się przesłuchania, po czym wyłoniono dwoje studentów z mojego roku - Elę Nagel i Jędrzeja Hycnara. Ale okazało się, że Jędrek nie mógł, więc profesor Raźniak zwrócił się do mnie. To tyle jeśli chodzi o kuluary.

Graliśmy tam scenę, w której Hamlet wygania Ofelię do klasztoru. W przeważającej większości, sceny, które były prezentowane przez koleżanki i kolegów z  angielskich szkół, były utrzymane w klimacie farsy, komedii. My mieliśmy z Elą pełnokrwisty dramat. Tego, w jaki sposób widownia reagowała na nas, chyba nigdy nie zapomnę. Dodam, że kultura oglądania spektakli jest tam inna, niż w Polsce. Widzowie często bardzo żywiołowo reagują, nie tylko śmiechem, ale i głośno wyrażają różne emocje, komentują spektakl. Tak więc po tych kilkunastu minutach śmiechu, nagle na  widowni zapanowała cisza. Pewnie mało kto rozumiał cokolwiek, z tego co mówiliśmy,  bo graliśmy przecież po polsku, ale czuć było, że widownia odbiera i rozumie to, co chcemy przekazać i jest zaangażowana. Wiele osób później podchodziło do nas ze słowami: ,,Hey, that was awesome”. Mieliśmy tam też różne warsztaty. To była wspaniała przygoda.

Dziękujemy za rozmowę. Trzymamy kciuki za Twojego Macduffa! Trzymamy kciuki za kolejne wspaniałe role i spektakle.

Częstochowa, 4 IV 2022

FOT. Piotr Dłubak