Aktualności

Lubię wykręcone światy - rozmowa z Rafałem Szumskim, reżyserem spektaklu "Kandyd, czyli optymizm"

Lubię wykręcone światy - rozmowa z Rafałem Szumskim, reżyserem spektaklu "Kandyd, czyli optymizm"

Lubię wykręcone światy

 

Z Rafałem Szumskim, reżyserem spektaklu

„Kandyd, czyli optymizm”, rozmawia Ewa Oleś

 

„Kandyda…” przeczytałam pierwszy raz w liceum – bez większych emocji, później na studiach – z dużym zainteresowaniem. A dzięki Teatrowi kilka miesięcy temu odkryłam, że ten tekst jest olśniewający i bardzo aktualny. Mam jednak świadomość, że wiele osób wkłada go do szuflady z napisem „lektura szkolna”, czyli nic ciekawego.

Nie czuje się kompetentny, aby wypowiadać się na temat percepcji dzieł literackich na przestrzeni wieków, ale domyślam się, że kilka rzeczy złożyło się na to, że nie jest to tytuł, który elektryzuje od pierwszych chwil. Tak jak wspomniałaś: „Kandyd…” był i jest lekturą szkolną, a człowiek jest przekorny i często uważa, że to, co nakazane i obligatoryjne, może być mniej ciekawe.

Po drugie – jest to literatura powszechna, czyli coś, do czego nauczyciel języka polskiego z reguły nie przykłada aż takiej wagi. Nie ma czasu na wnikliwe analizy, musi zrealizować program. Ja chodziłem do liceum katolickiego i może dlatego w ogóle nie omawialiśmy dzieła Voltaire’a? (śmiech). Ponadto „Kandyd…” napisany jest dość rokokowym językiem, nie jest łatwy w czytaniu. Oprócz tego jest w nim specyficzny dowcip, podszyty ironią i sarkazmem. Żeby go zrozumieć, trzeba mieć odpowiednie narzędzia, no i… poczucie humoru.

 

Kiedy zetknąłeś się po raz pierwszy z tekstem Voltaire’a?

„Kandyda…” pierwszy raz przeczytałem na pierwszym lub drugim roku studiów aktorskich w Białymstoku. Kilka lat później, kiedy już studiowałem reżyserię w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, zostałem asystentem Macieja Wojtyszki – reżysera, pisarza, dramaturga, którego  niezwykle cenię i szanuję. Wtedy też lepiej poznałem jego twórczość i założyłem sobie, że w przyszłości chciałbym zrealizować kilka rzeczy napisanych lub zaadaptowanych przez Macieja. Adaptacja „Kandyda…”, którą napisał wspólnie  z Krzysztofem Orzechowskim stwarza płaszczyznę do zadania, poprzez sztukę, fundamentalnych pytań. Ale interesujące jest również to, że świat stworzony przez Voltaire’a jest bardzo dowcipny i umowny.  

 

Ten spektakl jest bardzo zabawny, a jednocześnie porażający przez swoją aktualność.

W tej sztuce chyba właśnie o to chodzi, żeby było tak śmiesznie, że aż strasznie. Żeby ten śmiech zastygał na ustach.

Obecnie jesteśmy już na takim etapie prób, że trochę zdejmujemy ciężar interpretacyjny i „dośmieszamy” tekst w wielu momentach. Musimy jednak bardzo uważać, żeby nie iść w „gagowanie”. Dążymy do tego, żeby pewne rzeczy wyciągnąć, skomentować, ale nie przesadzić i trzymać się przesłania. Niemniej hasło: „Kandyd w Częstochowie” wciąż mnie bawi…

 

Dlaczego?

Może przez pryzmat pewnego kodu kulturowego, z którym kojarzona jest Częstochowa? W „Kandydzie…” jest sporo o Świętej Inkwizycji i o ojczulkach, którzy mają wszystko. Jeden z bohaterów – Kakambo, grany przez Bartosza Kopcia, mówi, że chce wyruszyć do Paragwaju, „poskramiać wielebnych ojców jezuitów, którzy tam założyli swoje państwo. Doszli do tak ogromnych bogactw, że teraz trzeba ich trochę oskubać” (śmiech).

 

Czytałam o kilku inscenizacjach „Kandyda…” zrealizowanych na przestrzeni ostatnich lat. Ale mam wrażenie, że „Kandyd…” w roku 2022 jest bardziej aktualny, niż był kilka lat temu.

To jest przede wszystkim kwestia inscenizacji. Dzięki niej można coś podciągnąć, wydobyć, zinterpretować, uaktualnić. Dodałem pewien kontekst polityczny i społeczny. A jak to będzie przez widza odczytane, to sprawa indywidualna. Jest to tekst, który daje dużą wolność i spore pole do interpretacji.

Co Cię szczególnie zainteresowało w „Kandydzie…”, kiedy przeczytałeś tekst po raz pierwszy: styk ze współczesnością, pole do różnorodnej interpretacji, fabuła, dyskurs filozoficzny?

Wszystko, co wymieniłaś, ale przede wszystkim szaleństwo i możliwość, jaką daje ten tekst, aby świat przedstawiony nieco… wykręcić.

 

Zawsze realizujesz teksty, które dają Ci taką możliwość i przestrzeń?

Właśnie zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście tak jest. Chwilę przed naszym częstochowskim „Kandydem…” zrobiłem „Sen nocy letniej” Szekspira w Teatrze Miejskim w Gdyni i spektakl telewizyjny dla WFDiF z cyklu „Teatroteka”, czyli „Balkon Ordona” Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka. I te teksty dawały możliwość poruszania się między światem realistycznym, a baśniowym. Po prostu… wykręconym. Przyczepiłem się do tego słowa i niech tak zostanie. „Wykręcony” zawiera wiele znaczeń (śmiech).

 

W tekście Voltaire’a, będącym opowiastką filozoficzną, jest dużo wskazówek, bon motów, myśli. Która z nich jest dla Ciebie najważniejsza?

To prawda, jest w nim wiele myśli przewodnich ubranych w metaforę. Nie zapominajmy, że jest to dyskurs Voltaire’a z dwoma filozofami: Jeanem-Jacques’em Rousseau i Gottfriedem Wilhelmem Leibnizem. W „Kandydzie…” Voltaire na fundamentalne pytanie: Jak oddalić od siebie zło i nieszczęścia tego świata - odpowiada, że trzeba po prostu „uprawiać swój ogródek”. Po części się z tą tezą zgadzam, ale to nie znaczy, że ona mnie satysfakcjonuje.

 

Najważniejszą myślą – oglądając Twoją inscenizację – jest dla mnie zdanie wypowiadane przez Marcina, granego przez Waldemara Cudzika: „Optymizm to obłęd dowodzenia, iż wszystko jest dobrze, kiedy nam dzieje się źle”. Żyjemy w świecie, w którym jest coraz większy rozdźwięk między tym, co powinniśmy widzieć, a tym, co jest naprawdę…

Świat, w którym żyjemy, rzeczywiście jest oparty na rozdźwięku. Według niektórych, zwłaszcza polityków, żyjemy w „najlepszym z możliwych krajów”, przepraszam, oczywiście chodziło o słowo „światów”.

Odwołując się do tego, co zacytowałaś, to pamiętajmy, że ta myśl i to przekonanie należy do jednego z bohaterów. Siłą „Kandyda…” jest to, że autor zawarł w nim też wiele innych światopoglądów. „Kandyd…” to generalnie krajobraz pytań i hipotez dotyczących sensu istnienia.

 

W świecie stworzonym przez Voltaire’a jest nadzieja?

Im bardziej brniemy w jego świat, tym jest ciemniej. Ale w końcu tam też pojawia się światło, nadzieja oraz tytułowy optymizm – postrzegany jako siła witalna, która człowieka napędza i daje mu wiarę.

Voltaire stawia podstawowe pytanie: Czym jest życie? Poddaje pod dyskusję kwestię najważniejszą: Jak mamy żyć, wiedząc, że i tak umrzemy?. Nie jestem mądrzejszy ani od niego, ani od innych filozofów. Mogę tylko za pomocą inscenizacji czy metafory zostawiać przestrzeń do rozważań. To jest raczej intuicyjne odbieranie sztuki, czyli takie, które najbardziej lubię.

Myślę, że istotą teatru jest to, aby odbiorca zawiesił się między różnymi światami i nie próbował natychmiast dać sobie intelektualnej odpowiedzi na każde zadane pytanie.

 

Skończyłeś Wydział Sztuki Lalkarskiej w Akademii Teatralnej w Warszawie (filia w Białymstoku), później przez wiele lat byłeś aktorem Teatru Groteska w Krakowie, a w               2013 r. rozpocząłeś studia na Wydziale Reżyserii Dramatu krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Czy Twoje pierwsze wykształcenie daje Ci dodatkową perspektywę w patrzeniu na sztukę teatralną?

Tak. Szkoła w Białymstoku w jakimś stopniu ukształtowała moje postrzeganie teatru, rozwinęła abstrakcyjne myślenie i wyobraźnię.  Z kolei na reżyserii  w Krakowie wzbogaciłem się o wiedzę związaną z teatrem dramatycznym, rozwinąłem umiejętności stricte reżyserskie, budowanie dramaturgii spektaklu itd.

W skrócie: cieszę się, że jako reżyser mam doświadczenie aktorskie i do tego nabyte w teatrze formy.

Realizując tego rodzaju spektakl jak „Kandyd…”, czego konkretnie wymagasz od aktorów, jakich umiejętności?

Nie powiem nic nowego, chociaż niektórzy to kwestionują, ale dla mnie teatr zaczyna się i kończy na aktorze. Moim głównym celem jest to, żeby produkt, który tworzymy, był dla aktorów satysfakcjonujący, żeby mieli przeświadczenie, że spektakl, który zrobiliśmy, jest po prostu dobry. Nie chciałbym nigdy usłyszeć zdania: „Reżyser wyjechał, a myśmy z tym zostali i… ratuj się kto może”.

A wracając do pytania: oczekuję od aktora wyjścia poza strefę  komfortu. „Kandyd…” wymaga od aktorów wielkiego skupienia, a przy tym dużej mobilności, wytrzymałości fizycznej i kontroli nad własnym ciałem. I co najważniejsze: połączenia tych wszystkich elementów w jedno. Nie zapominajmy też, że muzyka i ruch to elementy, które w tym spektaklu nieustannie towarzyszą aktorom.

 

Na początku wspominaliśmy o szkolnych interpretacjach „Kandyda…”. Ten spektakl zamierzamy pokazywać w naszym Teatrze także młodzieży. Myślisz, że odnajdzie się w tej stylistyce?

Zabrzmię pysznie, ale jeżeli chodzi o naszego „Kandyda…”, to jestem pewien, że młodzież „kupi” tę narrację i formę i z zainteresowaniem obejrzy spektakl.  

 

Jaką rolę w spektaklu pełnią piosenki?

Maciej Wojtyszko i Jerzy Derfel napisali je w latach 80. ubiegłego wieku. Czyli od premiery minęło już prawie czterdzieści  lat. Ale... na szczęście wciąż są aktualne i efektowne. Ponadto zawierają pewien skrót i nierzadko stanowią komentarz do działań scenicznych . piosenki Pełnią ważną funkcję dramaturgiczną, ale też rozrywkową.

 

Wzruszyła mnie czułość, z jaką patrzysz na wszystkie postaci sztuki. Każda z nich ma swoją dynamikę, tutaj nie ma ról marginalnych czy pobocznych. Czy w trakcie przygotowań do realizacji skrupulatnie rozpisujesz życie postaci?

Ja, skrupulatność i matematyczne rozpisywanie? O nie! Raczej wierzę swojej intuicji. Oczywiście mam pewne bazy, na których się opieram. Jeżeli na próbie okazuje się, że któryś z wstępnie wybranych przeze mnie wariantów się nie sprawdza, wybieram kolejny, a jeśli, i to najbardziej lubię, aktor przedstawi kierunek, o którym nie pomyślałem, i on wpisuje się w poetykę spektaklu, to „biorę to”.

Zależy mi żeby każda z postaci miała swoją mikrohistorię. Ale też nie uważam, że te „życia” mają być domknięte, dopowiedziane. Aktor i reżyser nie muszą znać całej historii postaci. Przecież możemy się wielu rzeczy domyślić… Dodam jeszcze, że „Kandyd…” to spektakl, który oparty jest na zespołowości, wzajemnej czujności, słuchaniu się. Na szczęście zespół częstochowskiego Teatru to wielcy  profesjonaliści i to jest dla mnie, jak i pozostałych realizatorów, ogromne ułatwienie w pracy.  Postawiliśmy przed aktorami trudne zadania, a oni realizują je z ogromna sprawnością.

 

Myślisz, że „Kandyd…” w Częstochowie wzbudzi kontrowersję?

Dla każdego co innego może być kontrowersyjne. Na przykład we mnie ogromne kontrowersje wzbudza welur. Nie rozumiem jak można nosić welurowe spodnie. Przecież w dotyku to jest obrzydliwe. (śmiech)

 

Wracając do tematu optymizmu. Cytując Andrzeja Poniedzielskiego: „Człowiek, podobnie jak woda, ma trzy stany skupienia: radość, smutek i stan chwiejny”. Który jest Ci najbliższy?

Mimo że nie piję alkoholu to chyba permanentnie przebywam w stanie chwiejnym.

Dziękuję za rozmowę.

 

fort. Rafał Szumski, arch. pryw