Aktualności

Uwielbiam grać diabły - rozmowa z Sebastianem Banaszczykiem

Uwielbiam grać diabły - rozmowa z Sebastianem Banaszczykiem

Uwielbiam grać diabły

„W tej chwili, gdy przeanalizowałem swoją karierę, zrobiłbym taki wykres: na początku było Wesele, gdzieś po środku Ożenek, a obecnie są Oświadczyny” – mówi aktor Sebastian Banaszczyk, który świętuje właśnie 20-lecie swojej pracy artystycznej.

Z Sebastianem Banaszczykiem rozmawia Zuzanna Suliga

Pochodzi Pan ze Świdnicy. Wiem, że to Pana ulubione miejsce na świecie. Mieszkając na co dzień w Częstochowie, znajduje Pan czas na powrót w rodzinne strony?

Staram się wracać – jako wierny syn miasta – kiedy tylko mogę. To dla mnie coś, bez czego nie wyobrażam sobie życia. Kocham moje miasto najbardziej na świecie. Zdaję sobie sprawę, że są inne ciekawe miejsca, ale miłość nie wybiera. Jak się kocha, to na zabój. I ja Świdnicę kocham właśnie tak. Tam zostało 19 lat mojego życia, moja rodzina, przyjaciele, a przede wszystkim – miasto i jego historia.

I czy to w Świdnicy narodziły się Pana marzenia o aktorstwie?

Tak. Kiedy byłem w trzeciej klasie liceum, polonistka wymyśliła, że nasza szkoła zorganizuje przegląd teatralny. Z tej okazji wraz z kolegami, niezależnie od jakiegokolwiek nauczyciela, przygotowaliśmy jednoaktówkę Alfreda Jarry’ego. I tak dopadł mnie wirus.

Było to przedstawienie zdominowane rozwibrowaną wyobraźnią jego twórców. Spodobało się, dostaliśmy dobrą energię zwrotną, a ja sam poczułem się nieźle na scenie. Wtedy jeszcze nie chciałem zostać aktorem, lecz tak „ogólnie” artystą. Scena wydawała się najprostszą opcją. Wystarczała wyobraźnia i nasze ciała. W tydzień można było stworzyć dzieło. A aby przygotować pracę malarską czy utwór muzyczny, trzeba jednak zdobywać umiejętności techniczne. My musieliśmy tylko do naszej inscenizacji... ukraść na dwa dni śmietnik. Potem go oddaliśmy.

I razem z tym kontenerem wspomniany wirus się rozprzestrzenił?

Za rok zrobiliśmy kolejne przedstawienie. Ubu król. To była ostatnia klasa liceum. Stanąłem przed pytaniem: „co dalej?”. Nie zastanawiałem się za bardzo. Świdnica jest nieco ponad 50 km od Wrocławia. Złożyłem tam papiery na Wydział Aktorski.

Zanim jednak to się stało, zniszczyłem te dokumenty, decydując, że nie będę zdawał. Termin, do którego trzeba było je złożyć, był nieprzekraczalny, ja zaś podarłem wszystko w przeddzień jego upływu. Moja mama niemal siłą wsadziła mnie do samochodu, pojechaliśmy migiem do liceum, żeby dyrektor mi te papiery na szybko wypełnił. Od razu pojechałem PKS-em do Wrocławia i zdążyłem je złożyć. Wszystko dzięki mamie. Powiedziała, że jeśli nie spróbuję, będę całe życie żałował. Do wrocławskiej PWST dostałem się za pierwszym razem. Ale i tak po pierwszym semestrze chciałem zrezygnować ze szkoły.

I co tym razem Pana powstrzymało?

Wojsko. Zostałem więc na studiach.

Drąc te papiery, miał Pan inny pomysł na siebie?

Takie papiery drze się ze strachu i z niskiego poczucia własnej wartości. Prawdopodobnie przez to je podarłem. Miałem oczywiście w głowie plan „B”, na wypadek, gdybym nie dostał się do szkoły teatralnej – politologię. Chodziło o to, żeby gdzieś przeczekać rok, a nie iść do wojska. W tamtych czasach wojsko upominało się o młodzieńców, którzy nie kontynuowali nauki po szkole średniej... Do egzaminów na politologię nie byłem w ogóle przygotowany, jeśli historia potoczyłaby się inaczej, dziś byłbym może... majorem.

Jak Pan wspomina Wrocław i studenckie czasy?

To był cudowny okres. Wtedy w Teatrze Polskim we Wrocławiu co roku Jerzy Jarocki i Krystian Lupa przygotowywali premiery. Po zajęciach jechałem kilka przystanków tramwajem i wchodziłem do jednego z najlepszych teatrów w Polsce. Jako studenci PWST mogliśmy chodzić na spektakle za darmo, na tzw. legitymację, więc kiedy tylko mogłem, korzystałem z tego. Wirus zadomowił się we mnie na stałe, a te wizyty podsycały moje marzenia, że i ja kiedyś też będę na scenie.

Marzenia się spełniły. Niemniej szkoła się skończyła i trzeba było sobie zadać pytanie „co dalej?”.

Swój pierwszy spektakl dyplomowy miałem już na przedostatnim roku studiów. Pani profesor Krzesisława Dubielówna przygotowywała Romulusa Wielkiego Dürrenmatta (mnie i dwóm kolegom z roku zaproponowała w nim mniejsze rólki). To było wyróżnienie dla takich żółtodziobów. Pojechaliśmy na festiwal do Łodzi, graliśmy regularnie we Wrocławiu. W tym czasie statystowałem też w Teatrze Polskim w Kasi z Heilbronnu w reżyserii Jerzego Jarockiego. Miałem tam jedno zdanie: „Tak jest!”. Ale to już była kwestia.

Studia skończyły się w moim odczuciu dosyć nagle. Musiałem sobie wtedy powiedzieć: „idź do pracy”. A to już nie hobby, tylko obowiązek.

Po studiach – po raz trzeci – nie wiedziałem, czy chcę być aktorem. Dopiero po niemal roku dojrzałem do tego, że chcę nim być.

Jak trafił Pan na częstochowską scenę?

Wtedy nie było jeszcze takiej internetowej bazy danych, jak teraz. Wróciłem do szkolnego sekretariatu i poprosiłem o alfabetyczną listę teatrów w Polsce. Zacząłem od „a”. W miastach na „a” chyba nie było teatru, a może nie było miasta na „a”. Białystok i Bydgoszcz wydawały mi się za daleko, a „c”, czyli Częstochowa – na mapie miała dla mnie idealne położenie. Wysłałem list z CV. Następnego dnia odebrałem telefon z zaproszeniem na rozmowę. Przyjechałem. Ówczesny dyrektor, Marek Perepeczko, właściwie w ciągu minuty podjął decyzję i powiedział: „Zostajesz”. To zostałem. Debiutowałem Weselem Adama Hanuszkiewicza. Potem było wiele przedstawień, taka szkoła życia. I w tej chwili, gdy przeanalizowałem swoją karierę, zrobiłbym taki wykres: na początku było Wesele, gdzieś po środku Ożenek, a obecnie są Oświadczyny.

Przeglądając listę Pana ról, można odnieść wrażenie, że jest Pan etatowym amantem częstochowskiej sceny. Jak Pan się czuje w tej roli?

Nie przesadzałbym z tym amantem. Grywam czasem tzw. amantów w repertuarze dla młodzieży, księcia też zagrałem. Ale w repertuarze dla starszej publiczności na szczęście zdarza się to rzadziej. To nie jest moje ukochane zadanie aktorskie. Wolę bardziej skomplikowane role, mroczniejsze charaktery...

Kończąc studia, już w swoich przedstawieniach dyplomowych, zagrałem Tybalta w Romeo i Julii, a potem Solfernusa w Igraszkach z diabłem. To był mój pierwszy diabeł w życiu. Nie ukrywam, że uwielbiam grać diabły... Wcielałem się również w Doktora/Szatana w Kordianie czy w Lucjusza w Igraszkach z diabłem. Grałem też Raka w Patrz, słońce zachodzi, co było bardzo ciekawym doświadczeniem.

Tak zaczął się czas, kiedy przestałem na scenie być już tylko miłym chłopczykiem, a dostałem szansę zaistnienia w bardziej złożonych rolach. Najciekawsze role dla mnie, tak jak w życiu, są gdzieś z boku, a nie na czubku dramaturgicznego świecznika. Przenigdy nie chciałbym być Wacławem w Zemście (śmiech).

Przejdźmy do Oświadczyn ze spektaklu Czechow: żarty z życia Andrzeja Bubienia. Gra Pan Iwana Łomowa – jedną z najpiękniejszych postaci wśród jednoaktówek Czechowa. To tym spektaklem uczcił Pan niedawny jubileusz 20-lecia pracy artystycznej.

Nie ukrywam, że bardzo lubię tę rolę. Ale z wyborem pomógł mi dyrektor Robert Dorosławski (śmiech).  Lubię teatr oparty na formie, który wymaga ode mnie nie tylko zbudowania rzetelnego monologu wewnętrznego, ale również użycia umiejętności technicznych, które nabyłem w szkole teatralnej. Spotkałem niewielu (oczywiście generalizuję) reżyserów, którzy wymagają od aktora bardzo dużo. Andrzej Bubień do nich należał.

Przywiązuje się Pan do dat? Miał Pan w tyle głowy, że jubileusz się zbliża?

Wiedziałem, że to mnie czeka i nie ukrywam, że chciałem go uniknąć. Tego rodzaju imprezy, fety, bankiety nie są dla mnie przesadnie ważne. Jeśli miałbym urządzić sobie jubileusz, zrobiłbym to o poranku, grając w bajce. Tak, aby nie była to akademia ku mojej czci, w odświętnym terminie i wieczorowej sukni. Tak, by można było zobaczyć, jak wygląda moje codzienne, aktorskie życie. A na to składają się także poranne spektakle dla dzieci, próby od 10.00 rano. Proza życia...

Jeśli miałbym urządzać fetę, to zorganizowałbym wycieczkę po Jurze – razem z widzami i kolegami z pracy. To dla mnie najlepsza opcja na święto.

Niemniej jubileusz przyniesie coś dobrego, bo zamiast kwiatów zachęcił Pan do wpłacenia pieniędzy na „pierzaste i futrzaste nieboraki” z Nyskiego Pogotowia Opiekuńczo-Adopcyjnego „Łapa”.

O tym miejscu, w którym leczy się i przygarnia pokrzywdzone – najczęściej przez człowieka – dzikie zwierzęta, dowiedziałem się z Facebooka. Do pomocy „Łapie” zachęcałem już jako twórca muzyki, wystawiałem moje płyty na aukcjach charytatywnych. A przy okazji jubileuszu pomyślałem, że zamiast wydawać pieniądze na kwiaty dla mnie, lepiej pomóc komuś, kto tej pomocy naprawdę potrzebuje. Dane do przelewu i moją jubileuszową odezwę powiesiłem na drzwiach wejściowych każdej toalety w teatrze, tak aby nikt tej prośby o wsparcie zwierząt nie przeoczył.

Nawiązując do Andrzeja Bubienia, trzeba przyznać, że ma Pan szczęście do spotkań z reżyserami. Grał u Hanuszkiewicza, Jandy, Łapickiego, Adamika, Michalika... Którą współpracę ceni Pan szczególnie?

Każda współpraca jest cenna. Mniej lub bardziej, ale – wartościowa, zdobywam dzięki niej doświadczenie. Nie chciałbym opowiadać o tym, z kim współpracowało mi się najlepiej, bo obawiam się, że mógłbym o czymś zapomnieć.

Teraz pora na kolejne interesujące spotkanie i rolę Kornela, czyli pana młodego w słynnym Testosteronie Andrzeja Saramonowicza. To wyzwanie?

Wygląda na to, że z Andrzejami pracuje mi się nieźle. Myślę tu też o Andrzejach: Łapickim i Bubieniu. Z Andrzejem Saramonowiczem od razu złapaliśmy dobry kontakt. On myśli bardzo konkretnie, nowocześnie. To autor, któremu nie przeszkadza, że jest równocześnie reżyserem i odwrotnie. W ciągu dwóch pierwszych prób na scenie zarysowaliśmy sytuację do połowy sztuki. To japońskie tempo i szwajcarska precyzja.

Zostając przy Pana drodze artystycznej, to równie ważna wydaje się muzyka i projekt Bionulor. Jak on się narodził?

Zawsze interesowałem się muzyką. Już jako dziecko brzdąkałem sobie na plastikowej gitarze. Potem miałem pierwsze akustyczne pudło. A w liceum kupiłem elektryczną i grałem w kapeli. Ale szło to opornie. Trzeba było regularnie ćwiczyć, a ja wtedy nie byłem jeszcze tak zorganizowany i pracowity jak dziś. Koledzy również.

Minęły wieki, ja dojrzałem, a współczesna technologia dała mi możliwość, żeby tworzyć w pojedynkę. To ułatwia sprawę. Wybrałem sobie taką dziedzinę w muzycznym wszechświecie, w której bardzo pomaga elektronika. Czas i przestrzeń spotkały się we właściwym momencie. Zacząłem tworzyć w 2006 r. Trzy lata później wydałem swoją pierwszą płytę. I się zaczęło.

Nazwa Bionulor pochodzi z opowiadania Apollinaire’a. Jego bohater nazwał tak rybę, która leżała na kuchennym stole. To imię bardzo mi się spodobało. Było to lata temu, gdy jeszcze nie planowałem być fabrykantem muzyki.

Dziś ma Pan na koncie osiem płyt. Do tego muzykę stworzoną do trzech spektakli.

Pierwsza płyta spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem – w Polsce i na świecie. I to mi dało siłę, żeby kontynuować. Możliwe, że gdyby debiutancka przepadła, nie robiłbym tego dalej. Ale stało się inaczej i tak znalazłem swoją drugą twórczą drogę, która daje mi mnóstwo satysfakcji i rozwija mnie jako człowieka. Trzy płyty w mojej dyskografii to rzeczywiście ścieżki dźwiękowe do przedstawień teatralnych... Teraz pracuję nad szóstą, „normalną” płytą.

Kiedy przychodzi muzyka?

Zawsze tworzę rano, mniej więcej od godz. 10.00 do 15.00, to mój najlepszy okres w dobie. Z tego, co czytałem w biografii Herbiego Hancocka, ponoć podobnie nagrywał Miles Davis. Niezależnie od tego, co się działo, miał swoje stałe godziny pracy.

Zawsze robię muzykę, kiedy mam wolny czas. Siadam po śniadaniu przed komputerem, wyłączam telefon i jestem trochę jak Stephen King, który narzucił sobie napisanie minimum tysiąca słów dziennie.

Muzyka przychodzi z tego innego, duchowego wymiaru – ale żeby ona przyszła, trzeba zmienić się w odbiornik. Siedzieć i pracować. Jeśli siedzę w skupieniu i pracuję, po prostu pomagam jej się zmaterializować. Praca nad muzyką daje mi ogromną radość, nie tworzę w mękach i z poczuciem poświęcenia. To spore szczęście znaleźć taką własną ścieżkę.

A Pan jest szczęśliwy, czy ma szczęście?

Jestem szczęśliwy, że mam szczęście. Urodziłem się tzw. cudem – mama miała zagrożoną ciążę, leżała bez ruchu w szpitalu, żebym mógł się urodzić. Cztery lata temu urodziłem się po raz drugi. Wtedy dowiedziałem się, że mam raka mózgu. Spędziłem rok na zwolnieniu lekarskim, ale wróciłem i do życia i do pracy. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem szczęściarzem i mam tego świadomość.

Zmieniłby Pan swoje życie? Zostawił aktorstwo?

Takie myślenie nie ma dla mnie sensu. Jestem tu, gdzie jestem. Jak w tytule filmu o Edith Piaf – Niczego nie żałuję. Oczywiście w kontaktach międzyludzkich wobec pewnych osób chciałbym być lepszy, bardziej kochający, ludzki. Tego już nie zmienię.

A jeśli nie aktorem, to mógłbym być takim służbistą, który bezwzględnie egzekwuje zasady, przepisy i obowiązki. Niczym nieugięty urzędnik skarbówki czy sanepidu. Ale nie byłbym wtedy taki radosny jak dziś (śmiech).

Na koniec życzenia. Co wymarzył Pan sobie z okazji jubileuszu?

Kandydatki na Miss Polonię pytane o marzenie, zawsze mówią o pokoju na świecie. Ja chciałbym, żebyśmy jako ludzie spoglądali w swoje serca. Niech one nas prowadzą. Dla dobra siebie nawzajem i dobra wszelkich żywych istot. 

Rozmowę przeprowadzono 11.10.2019 r.