Aktualności

Poezja śpiewana w jej wykonaniu, to niebo dla uszu i dla ducha -recital Elżbiety Wojnowskiej

Poezja śpiewana w jej wykonaniu, to niebo dla uszu i dla ducha. Elżbieta Wojnowska już kilkakrotnie znikała ze sceny i ciągle na nią wraca.

Im lepiej, tym gorzej

Piosenkarka, kompozytorka, aktorka i pedagog. Od kilkudziesięciu lat na scenie. Charakteryzuje się silnym, o dźwięcznej, czystej barwie głosem. Śpiewa wiersze współczesnych poetów polskich, a także polskich i europejskich klasyków. Jej interpretacje wyróżnia szczególne ciepło i liryzm, co w połączeniu z dogłębnym zrozumieniem śpiewanego tekstu oraz perfekcją wykonania daje efekt doceniany również przez samych „śpiewanych” twórców. Ze swymi recitalami występowała w Polsce i poza jej granicami. Żegnała się ze sceną i wciąż na nią wracała. Wraz z mężem, dziennikarzem Andrzejem Ibisem Wróblewskim, działała społecznie, była radną, walczyła z chorobą męża, a potem swoją.

Każdą wolną chwilę stara się spędzać na działce, w lesie, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Jak mówi, to prezent od męża, który otrzymała w 1986 roku. - Mam tam letni, drewniany domek nad rzeczką dzieciństwa mojego męża –Rawką. To piękne i historyczne miejsce. Jest tam pomnik powstańców z 1863 roku. To także miejsce walk w czasie I wojny światowej, gdzie użyto po raz pierwszy gazów bojowych. Las wciąż jest pełen okopów i poszukiwaczy śladów z tamtych walk.

 

Lubi też jeździć na Mazury, albo w Bieszczady. Ostatnio mało śpiewa. Dziś jest taki system, że aby wystąpić, trzeba przygotować jakieś dziwne papiery dla urzędników, które po akceptacji pozwolą człowiekowi zaśpiewać… raz na rok. – W ten sposób od trzech lat realizują z Jackiem Bąkiem „Cztery pory życia człowieka” wg Juliana Ursyna Niemcewicza. To  chory system zarządzania kulturą i nie potrafię, ani się w tym odnaleźć, ani w tym żyć. Rząd ustawił się w pozycji sutenera zmuszając nas do poszukiwania sponsorów (ukryta forma prostytucji). Panu premierowi słowo kultura więźnie w gardle choć to nie „gała”.

Dodaje, że gdy wystąpiła do gminy o stypendium na konkretny etap zawodowy, otrzymała 1/3 potrzebnej kwoty. – I tak, krok po kroku, od trzech i pół roku. Jestem gotowa, mam już przygotowane wszystkie utwory, teraz potrzebne są tylko pieniądze na nagranie. W tym tempie może przed śmiercią zdążę

 

Niekiedy występuje, w różnych miejscach. Czasem jest to sala teatralna, a czasem maleńki klub. Jeżdżę tam, gdzie mnie chcą. Nie mam menadżera, który starałby się o występy, przygotowywał trasę koncertową, a ja sama nie lubię się tym zajmować. Uważam, że jak ktoś chce mnie słuchać, to znajdzie do mnie drogę.

Jak mówi, wciąż ma swoją publiczność. – Mam tego ciągłe dowody. Np. mój ostatni, czerwcowy występ w Opolu, na jubileuszowym, 50 Festiwalu Piosenki spowodował, iż mój profil na Facebooku rozgrzał się do czerwoności. A i publiczność w amfiteatrze nagrodziła mnie ogromnymi brawami. Nie było to ani wyreżyserowane, ani zapłacone. To wielka radość i satysfakcja.

 

Urodziła się i wychowywała w Częstochowie. Już w V klasie szkoły podstawowej, w wieku 12 lat, debiutowała rolą Nel w Teatrze Dramatycznym im. Adama Mickiewicza w Częstochowie w adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”. – Trafiłam tam z konkursu i występowałam na scenie do VIII klasy, do czasu, gdy sukienki zaczęły być dla mnie za ciasne. Od dziecka interesowała się muzyką. – Najbliższy w domu był mi fortepian. Chodziłam do szkoły muzycznej. Musiałam więcej pracować, aby przygotowywać się i na zajęcia i do gry w teatrze. Już wtedy wiedziałam, że moim marzeniem będzie scena. Od trzeciego roku życia nigdy innych marzeń nie miałam. W ukochanym liceum im. J. Słowackiego grała w teatrzyku szkolnym, wygrywała konkursy recytatorskie.

Po maturze chciała studiować aktorstwo w PWST w Krakowie. I najpierw dowiedziała się, że została przyjęta, a potem, że nie. – Byłam na liście osób przyjętych, ale przywieziono jakąś panienkę, którą promował dyr. departamentu z ministerstwa kultury. Mnie skreślono, ją przyjęto. Nie miałam nikogo, kto by za mną stanął. Nie miałam 18 lat, tłumaczono mi, że mam jeszcze czas, a ona ma już 21 lat. Po pół roku ją wyrzucono, a u mnie rozpoczął się okres, że im lepiej  ze mną, tym gorzej dla mnie.

 

Było już po wszystkich egzaminach. Trafiła więc do Cieszyna, do Studium Nauczycielskiego, kierunek Wychowanie Muzyczne. Studiowała dwa lata, za muzykę do spektaklu z wierszy K.I. Gałczyńskiego otrzymała nagrodę na festiwalu teatrów studenckich, ale tuż przed dyplomem przerwała naukę, bo chciała jeszcze raz spróbować swojej szansy w Krakowie. Niestety, znowu się nie udało. Po drodze wydano mnie za mąż i…” zaraz wróciłam”. – Zdałam na historię sztuki na KUL.

 

W Lublinie studiowała i grała w teatrzykach studenckich, ale jak mówi, los sprawił, że się zakochała i przeniosła się do Warszawy. – Wtedy rozpoczęła się moja tzw. kariera.

Ilekroć próbowała wrócić na studia, trafiały się jakieś ważniejsze wydarzenia, urodziła syna, przeprowadzka do nowego mieszkania, a potem był stan wojenny, ważniejsze sprawy.

Jeszcze w Lublinie wygrała Giełdę Piosenki Studenckiej. I wtedy namówiono ją, by przeniosła się do Warszawy. Brała też udział w innych studenckich festiwalach. Niestety, jak mówi bez żadnej kokieterii, wszystkie wygrałam. – Najbardziej znacząca była FAMA. Zapisałam się do grupy kabaretowej w „Stodole”. I z nimi trafiłam na Warsztaty FAMY, gdzie Henio Alber skomponował piosenkę „Zaproście mnie do stołu” do wiersza nieżyjącego już wtedy Włodzimierza Szymanowicza. I ta piosenka wygrała Festiwal.

Potem było zwycięstwo na XI Festiwalu Piosenki i Piosenkarzy Studenckich w Krakowie. A później Opole(1974r.) Zdobyła tam główną nagrodę za interpretację utworu „Zaproście mnie do stołu”. Tak więc w krótkim czasie triumfowała na trzech festiwalach. Stała się znana. W tym samym roku występowała gościnnie na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie.

 

Wspomina, że już znacznie wcześniej, od młodych lat, sama komponowała muzykę do poezji różnych autorów. Bardzo dużo pracowała, występowała. Przyznaje, było to męczące. Czasem były to 2,3 recitale dziennie. Nie odbierała jednak tego, jako obowiązku, ale – jak zauważa, jako przyjemność. – To był czas dobrego poziomu i głodu literackiej piosenki. Czasem wchodziłam na scenę pomiędzy ludźmi, którzy siadali na scenie bo nie było już miejsca na widowni. To było współistnienie - w tej samej sprawie.

 

Trwało to wiele lat. Do czasu urodzenia drugiego syna, czyli do roku 1989. Wcześniej uczestniczyła w wielu prestiżowych festiwalach. Zdobyła główną nagrodę za Brechta - w kategorii recitali, na Ogólnopolskich Spotkaniach Estradowych w Rzeszowie w 1984 roku, rok później taką samą na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, za interpretację. W tym samym roku przyznano jej nagrodę FIDOF na Festiwalu Piosenki w Dreźnie. Ze swymi recitalami piosenkarskimi występowała w Polsce i poza jej granicami - MoskwaPraga,

BudapesztLublanaParyżRostockLondynBerlin. Zagraniczne wojaże określa jednak, jako mało istotne. – Przygotowywały je organizacje młodzieżowe, Pagart. Nigdy nie czułam wsparcia, nie interesowano się potrzebami artystów, a polityką.

Opowiada, że uciekła np. z trasy po ZSRR, z Moskwy. – Nie wytrzymałam psychicznie, gdyż, aby tam trwać, należało pić. Aż tak, nie potrafiłam. Wykorzystałam moment, że byłam gościem Festiwalu w Sopocie i już na trasę nie wróciłam. Straciłam wtedy ogromną szansę dorobienia się takiej ilości pieniędzy, które ustawiłyby mnie w życiu.

Nigdy jednak tego nie żałowała.

 

Wspomina, że w okresie strajków w 1980 roku wykorzystywała Brechta. – To była moja przemyślana forma walki z ustrojem. Występowałam dla młodzieży i dla intelektualistów. Dla różnych grup. Wszyscy pragnęliśmy zmian.

W stanie wojennym występy były zabronione. – 13 grudnia miałam właśnie śpiewać Brechta …w sali WAT w Warszawie. Od tamtej pory przez dwa lata nie stanęłam na scenie. W TV, którą artyści bojkotowali, otworzyły się drzwi dla rocka.

W 1984 roku odbyła się oficjalna premiera recitalu „Songi Brechta” w Teatrze Żydowskim. – Ale tam wystąpiłam tylko raz, w wynajętej sali. Potem grałam ten recital przez wiele lat, również w Niemczech. W 1987 roku nagrałam album z tymi songami- Live, w Teatrze STU. Wcześniej, w 1978 roku powstał longplay „Życie moje”  z piosenkami Henryka Albera.

Jeszcze w trakcie ciąży aktywnie uczestniczyła w kampanii wyborczej do senatu w 1989 roku. Pomagała Aleksandrowi Małachowskiemu i Januszowi Onyszkiewiczowi. – To było wielkie przeżycie. SB nie odpuszczała. I trzeba było wielu sił, aby to wszystko wytrzymać.

Po urodzeniu drugiego syna wycofała się z życia artystycznego. Na kilka lat. – Właściwie myślałam, że już nigdy nie będę śpiewać. Zaangażowałam się bardzo w wybory samorządowe. Zostałam radną na Ursynowie.

 

Nieco wcześniej utworzyła z mężem Ursynowsko-Natolińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne. – Wtedy Ursynów był jeszcze 70 kołem u wozu Mokotowa. Żadnej placówki kulturalnej, infrastruktury handlowej, komunikacyjnej. Brak telefonów. 100-tysięczne miasto bez niczego,  z błotem. Chcieliśmy to zmienić. Mieliśmy dwa „maluchy”. Jeździliśmy nimi z napisem Śródmieście – Ursynów. Chodziło o to, aby ci, którzy mieli auta, dzielili się, by ułatwić innym życie. Potem walczyliśmy, aby zmienić kilka pralni na osiedlowe domy kultury.  Siła pióra mojego męża, aby przemówić do władzy, wymagała wzmocnienia. Postanowiliśmy utworzyć to Stowarzyszenie. Zależało nam na społeczeństwie obywatelskim. I to się udało! Uruchomiliśmy np. pierwszą w Polsce lokalną gazetę mieszkańców „Pasmo”. Założyłam                       społeczny komitet budowy pierwszej szkoły ponadpodstawowej.

 Formalnie Stowarzyszenie funkcjonuje do dziś, ale, jak mówi, stało się synekurą dla osób, które zostały wytrącone z obiegu politycznego. – Cała nasza praca i pasja stały się produktem prywatyzacji i zawłaszczenia. Smutne to. Coś się budowało, a potem stało się to narzędziem do medali dla innych.

 

Radną była przez jedną kadencję. Pod koniec tej kadencji, w 1994 roku, zaproszono ją na Przegląd Piosenki Aktorskiej do Wrocławia. – I to pozwoliło mi znów uwierzyć w siebie i wrócić… z tarczą. Znowu zaczęłam śpiewać.

Opowiada, że to był bardzo dobry moment na utwierdzenie w niej samej, że jest kim jest, że mogę śpiewać, że mam szansę i że jest to potrzebne. - Takie przypominanie, co jest ważne, co jest piękne i mądre.

 

Zaczęła zatem ponownie występować. Jak mówi, może nieco mniej, niż przedtem, ale pracy jej nie brakowało. Wspomina, że w stanie wojennym przygotowywała recital „Moja mała historia Polski”. – Było to dość odważne. Recital zaczynał się od „Bogurodzicy”, poprzez pieśni powstańcze, legionowe, wojenne po Jacka Kaczmarskiego. Wystąpiłam z tym na Festiwalu Moniuszkowskim. Miałam problemy z cenzurą, ale jakoś z tym wygrywałam. Nie prezentowałam wersji promowanej przez zespół LWP, ale autentycznej.

I teraz, po powrocie na scenę, w gabinecie lekarskim we Wrocławiu usłyszała gdzieś piosenki według własnego scenariusza, wykorzystane przez innych w jakimś strajku. – Przeżyłam szok. Ale znaczyło to także, że mój pomysł spełnił rolę. Całe życie uprawiam przecież swój patriotyzm. I jak widać, czyniłam to zawsze z dużym wyprzedzeniem.

Po powrocie na scenę sporo występowała. Jej recital w studiu radiowej Trójki” - został przyjęty owacją na stojąco. Doceniony przez krytykę i publiczność, czego dowodem nagrania z tego koncertu, zebrane na płycie „Zaproście mnie do stołu”. Jej poetycki recital i towarzyszącego jej na fortepianie Włodka Pawlika, w ramach Warszawskiej Jesieni Poezji 2002 transmitowało i rejestrowało Polskie Radio. – Znowu zaczęłam się rozwijać. To jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. I  wtedy, dzięki Zbigniewowi Dzięgielowi narodził się pomysł na stworzenie koncertu szekspirowskiego.

 

Od jej koncertu zaczęła się historia Przeglądu Piosenki Aktorskiej.

Przygotowała 19 sonetów z muzyką Włodka Pawlika– Koncert inaugurował 25 Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, było to też  30-lecie mojej pracy artystycznej. Walczyłam o nagranie tego materiału, o sfinansowanie. I niestety, na tym padłam. Nowy system zarządzania i finansowania sprawił, że wszyscy walczyli o pieniądze, które załatwiłam, nie patrząc na konsekwencje. Udało mi się to jeszcze nagrać dla TVP na Festiwalu Szekspirowskim. Nie miałam już siły wydać tego rynkowo, na walkę o pieniądze na każdy koncert z Orkiestrą Leopolldinum, solistami. Na te czasy było to „za drogie”.

Od tamtej pory, jak mówi, płakała przez cztery lata. Nie występowała. – Zostałam bowiem zdradzona przez przyjaciela. I zachorowałam na raka. Potem jak się okazało, miałam trzeci już zawał serca i omal nie umarłam. Ale widać Pan Bóg przewidział dla mnie jeszcze trochę zadań, bo uratowano mi życie. Wygrałam też z rakiem. Nie epatowałam świata swoimi problemami. Pomagałam innym, bardziej bezradnym ode mnie.

 

I znowu, już trzeci raz powróciła na scenę. Zaśpiewała na Przeglądzie – Ballady Europy. – Jeszcze raz spróbowałam współpracy z Włodkiem Pawlikiem, który wcześniej mnie zdradził, zagraliśmy kilka koncertów, ale w istocie zaczęłam śpiewać w innym projekcie- Antoniego Murackiego „Świat wg Nohavicy”. Nagraliśmy płytę, okazała się Złota.

To było bardzo niedawno. – Piękna piosenka „Anioł stróż”,  śpiewana w mojej interpretacji  a’ capella np. w koncercie dla (dziś już śp.) Jarka Śmietany.

 

Czasem, jak mówi, ktoś zaprasza ją na recital. Są to jednak pojedyncze występy. –Przygotowuję z Kubą Lubowiczem piosenki Witolda Lutosławskiego, które napisał pod pseudonimem „Derwid”, jeszcze raz z inspiracji Zbyszka Dzięgiela, założyciela Fundacji „Kalinowe serce”. To Zbyszek znów wyciągnął mnie z artystycznego niebytu. Wystąpiłam w tym roku z recitalem  na Festiwalu Dwóch Teatrów w Sopocie. W ostatnich miesiącach miałam szanse kilkakrotnie pokazać się, że żyję, że śpiewam. Więc jestem?

 

Tomasz Gawiński