Cokolwiek, byle w realu…

Cokolwiek, byle w realu…O AI, empatii, przyjaźni, kryzysach oraz o tym, czego nie da się wypromptować,

opowiadają Julia Szmyt – reżyserka i Hanka Dziubińska – autorka sztuki „Trzy światy”.


Ewa Oleś: Warsztaty z młodzieżą poprzedziły zarówno napisanie scenariusza, jak i pracę reżyserską. Co usłyszałyście podczas tych spotkań? Co sprawiło, że pomyślałyście: „To musi się znaleźć w tym spektaklu”?

Julia: Zaczynając warsztaty, miałyśmy z Hanią pomysł na wątki, które chciałyśmy rozwinąć. Miałyśmy też różne hipotezy dotyczące kryzysów, w których młodzież dziś żyje i z którymi musi sobie radzić. Możliwość spotkania z uczestnikami warsztatów pozwoliła nam zweryfikować, czy idziemy w dobrą stronę, czy nasze spostrzeżenia są trafne i co jest dziś najtrudniejsze dla młodych.

Poza tym wspaniali ludzie, którzy przyszli na warsztaty, podzielili się z nami swoją wyobraźnią i energią. Skąd wiedziałyśmy, że coś powinno znaleźć się w spektaklu? To chyba w pewien sposób wydarzało się wspólnie. Kiedy pomysł spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem wszystkich i mocno wybrzmiewał podczas warsztatów, od razu czułyśmy, że warto się mu przyjrzeć.

Hanka: Usłyszałam… dużo. Pojawiło się wiele wątków, metafor, zwrotów, perspektyw i skojarzeń. A czy młodzież rozpozna w spektaklu swoje doświadczenia...


Haniu, czy młodzież rozpozna w przedstawieniu własne doświadczenia, czy też ich zwierzenia i opowieści posłużyły jako punkt wyjścia do stworzenia uniwersalnej historii?

Hanka: Historia Olki i Filipa co chwilę zapożycza motywy z naszych rozmów z młodzieżą. Czasami wyławiałam drobne idee, które u mnie urastały do motywów przewodnich – tak było z latarnią, która podczas warsztatów była drobnym elementem jednego ze światów, a w dramacie stała się osią jednego z wymiarów. Podobnie było z Królem Ciszy, który oczarował mnie podczas warsztatów i którego zmodyfikowałam na potrzeby historii.

Zostawiłam niektóre zwroty i hasła, które pojawiały się podczas spotkań z młodzieżą. Chciałam, żeby takich mrugnięć do moich współtwórców było naprawdę dużo.


Haniu, scenariusz wyrasta z prawdziwych historii, ale jego głównymi bohaterami są Olka i Filip. Jak wyglądał proces przekształcania wielu różnych głosów młodych ludzi w jedną spójną opowieść?

Hanka: Podczas spotkań z młodymi ludźmi pojawiło się wiele wątków, metafor, zwrotów, perspektyw i skojarzeń – powiedzmy, że to był taki duży worek koralików. Pracując nad tekstem, wysypałam to wszystko i wybierałam kolejne elementy, które nawlekałam na wymyślony przeze mnie plot fabularny.

Mieliśmy szczęście, że trafili nam się wspaniali ludzie do pracy w grupie. To młodzież, która w dużej mierze jest w jakiś sposób związana z częstochowskim Teatrem, ale zgłosiły się także osoby, które nie miały takich doświadczeń i ich perspektywa też była fantastyczna i cenna. Pracowaliśmy z ludźmi o odważnych, przewrotnych i zabawnych pomysłach. Cieszę się, że z naszej pracy szybko udało się wyeliminować wstyd i obawy typu „Czy mój pomysł jest wystarczająco dobry, by o nim powiedzieć na głos?”. Te spotkania były eksplozją kreatywności. Wychodziliśmy z nich szczęśliwi i… zmęczeni!


W centrum historii pojawia się także sztuczna inteligencja. Czy podczas pracy nad tekstem bardziej interesowało Was to, czego młodzi ludzie szukają w AI, czy raczej to, czego nie mogą w niej znaleźć?

Julia: Zarówno jedno, jak i drugie było dla nas interesujące. AI jest przecież narzędziem, które może być wykorzystywane do bardzo ciekawych rzeczy, ale oczywiście niesie ze sobą różne zagrożenia, podobnie jak cały świat wirtualny. Oba te wątki pojawiają się w spektaklu.

Hanka: Właściwie to pytanie przyświeca dramatowi przez cały czas jego trwania. Czy AI nas wzbogaca i ułatwia nasze życie, czy nas zubaża i nam coś odbiera? Chciałam sprawdzić, czego wygenerować się nie da i jak zadbać o kwestie, których nie można wypromptować.

Obie z Julią miałyśmy też przekonanie, że dramat musi nieść nadzieję, ale że ona nie może być ani naiwna, ani fałszywa. Nie chciałyśmy także zrzucać na naszych młodych bohaterów odpowiedzialności za ratowanie świata – to sprawa dorosłych, to oni powinni zapewniać dzieciom bezpieczny świat. Chciałyśmy zostawić Olce, Filipowi i naszym warsztatowym współtwórcom nadzieję. I ta nadzieja w „Trzech światach” to przyjaźń, o którą można dbać niezależnie od kwestii materialnych, polityki czy interesów wielkich korporacji.


Co właściwie oznaczają tytułowe trzy światy? Czy są to trzy różne przestrzenie, trzy sposoby przeżywania rzeczywistości, czy może trzy perspektywy patrzenia na samego siebie?

Julia: Nie chciałabym zdradzać znaczenia tytułu. To określenie, zaczerpnięte z zupełnie potocznego języka, pięknie – moim zdaniem – metaforyzuje się w przebiegu spektaklu. 

Hanka: Tytuł ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, Filip nieraz w swoim życiu słyszał, że „z nim to są trzy światy”, czyli że dostarcza swoim opiekunom wielu problemów. Sprawdziłam, skąd wzięło się to powiedzenie, i okazuje się, że pochodzi od mieszania trzech porządków: raju, czyśćca i piekła. Czyli taka osoba funduje pełne spektrum doświadczeń!

W dramacie okazuje się, że Olka także dzieli z Filipem trzy światy. To trzy wymiary, w których Filip próbuje rozwiązać swoje problemy, a raczej które stara się od siebie odseparować. Tak jakby można było podzielić swoją tożsamość. Trochę jak w serialu „Rozdzielenie”. Olka, przechodząc przez te rzeczywistości, zbiera Filipa w jedną całość. Wchodzi w rolę ratowniczki i nawet nie spodziewa się, że sama bardzo potrzebuje wsparcia.


Gdybyście mogły zostawić młodemu widzowi jedną myśl, jedno zdanie po obejrzeniu „Trzech światów”, co chciałybyście, żeby zabrał ze sobą?

Julia: To byłaby myśl o odwadze. O tym, żeby umieć znaleźć ją w sobie, kiedy staje się przed trudnymi wyborami. A ta odwaga jest dla mnie związana z byciem po swojej stronie – nawet kiedy cały świat nam mówi, że coś powinno wyglądać inaczej.

Hanka: Przyszedł mi do głowy napis na murze, który kiedyś widziałam, a brzmiał on tak: „Cokolwiek, byle w realu”. Zostawmy sobie prawdziwe rzeczy. Życie nigdy nie jest idealnie wygenerowane, nieraz napotykamy problemy, a czasami jest naprawdę bardzo źle. Ale ważne, żeby się od tego nie odcinać, mieć kontakt ze swoim ciałem, ze swoimi reakcjami, uczuciami.


Bohaterowie są nastoletnimi outsiderami „po przejściach”. Czy ich outsiderstwo jest źródłem zagubienia, czy może daje im również szczególną perspektywę, dzięki której potrafią dostrzec coś, czego nie widzą inni?

Hanka: Outsiderstwo nie jest źródłem problemów, tylko ich objawem. To inteligentne, zabawne osoby, które mają problem z otwarciem się na innych. I mają swoje powody dla takiego stanu rzeczy.

W książce Luke Jackson „Seks, prochy i zespół Aspergera” natrafiłam na taką myśl, że w przedszkolu i podstawówce dzieci bardzo dużo wysiłku wkładają w to, żeby być takie, jak inni. W liceum to się powoli zaczyna zmieniać, a na studiach wszyscy już chcą być jedyni w swoim rodzaju i do nikogo niepodobni. Oczywiście jest to uproszczenie, ale widzę w nim pewną prawdę. Dlatego mam wrażenie, że Olka i Filip mogą mieć w swojej klasie naprawdę udane życie towarzyskie. Tylko najpierw musieli sobie kilka rzeczy wyjaśnić. Przejść swoje trzy światy. 


Czy podczas pracy nad spektaklem same odkryłyście jakiś „czwarty świat” – coś, czego nie zakładałyście na początku, a co pojawiło się dopiero w kontakcie z młodzieżą i aktorami?

Julia: Mnóstwo „czwartych światów”! Tworzenie przedstawienia to proces grupowy i każda osoba wnosi do niego swoje doświadczenia, wyobraźnię i osobowość. A że osób w „Trzech światach” pojawiło się sporo, to został odkryty cały ogrom „czwartych światów”. To jest zawsze dla mnie najciekawsze w tworzeniu spektaklu – ludzie, których spotyka się po drodze.

Hanka: Każda z osób zaangażowanych w ten spektakl to osobny świat. Dla mnie, jako autorki tekstu, to jest niesamowite oddać dramat i zderzać go z kolejnymi i kolejnymi wrażliwościami. Niesamowite było widzieć, jak budują się tożsamości Olki i Filipa w naszych aktorach. Zaskoczyła mnie i rozkochała w sobie Galopująca Developerka Sylwii Warmus. A Chałkoń stworzony w modelarni teatru… to jest sztos! (śmiech)


Spektakl realizujemy w ramach projektu Empatia na Kryzys. Czy empatii można się nauczyć, czy raczej jest cechą immanentnie nam przypisaną od urodzenia, wpisaną w DNA naszej wrażliwości?

Julia: Można się jej nauczyć – na pewno. Chociaż każdy z nas ma inne predyspozycje do bycia empatycznym. Niektórym empatia przychodzi dużo łatwiej, inni muszą się nad nią bardziej napracować.

W Danii od wielu lat w szkołach odbywają się lekcje empatii. Kiedy zbadano efekty, jakie przynoszą, okazało się, że poziom agresji w szkołach spadł, a uczennice i uczniowie zaczęli komunikować się ze sobą w dużo bardziej pozytywny sposób. Nie znaczy to wcale, że wszyscy nagle zaczęli się lubić – myślę, że to jest niemożliwe. Mają jednak większą uważność wobec siebie wzajemnie i większy szacunek.

Prowadziłam w szkołach podstawowych i średnich warsztaty empatii i widzę w tym głęboki sens. Byłoby wspaniale, gdyby w planie zajęć szkolnych w Polsce pojawiły się lekcje empatii.

Hanka: Nie jestem ani neurobiolożką, ani psycholożką. Ale mam nadzieję, że z empatią się rodzimy. I mam przeczucie, że w społecznościach, które cenią empatyczne podejście, łatwiej kierować się empatią i przekazywać ją dalej. Dlatego budujmy wspierające relacje i podchodźmy do siebie z wyrozumiałością. 


Dziękuję za rozmowę.

Fot. Julii Szmyt - Piotr Dłubak

Fot. Hanki Dziubińskiej - Monika Klapiszewska


Przejdź do menu głównego Przejdź do treści Przejdź do stopki
Ułatwienia dostępu
Kolory
Skalowanie treści
Dodatkowe