Aktualności

Nie z Żor, lecz z Żar – i o krok od musicalu - Rozmowa z Iwoną Chołuj

Nie z Żor, lecz z Żar – i o krok od musicalu

Rozmowa o teatralnych podróżach, życiowych przypadkach, o zdarzeniach scenicznych mrożących krew w żyłach, o muzyce, kabarecie i rolach, które śnią się po nocach. A także o tym, że radomska mafia może uratować życie…

Z Iwoną Chołuj rozmawia z Ewą Oleś

 

Zanim trafiłaś do Częstochowy, przejechałaś pół Polski. Porozmawiajmy o Twoich teatralnych przystankach. Zacznijmy jednak od miasta rodzinnego.

Dobrze! Spróbujmy, choć łatwo się w tym pogubić…
Pochodzę z Żar. Nie z Żor – jak wiele osób myli. To dwa zupełnie różne miejsca. Żary, w których się urodziłam, leżą w województwie lubuskim, a Żory – w śląskim. W moich rodzinnych Żarach w latach 90. przez kilka lat odbywał się Przystanek Woodstock. A nazwę miasta łatwo zapamiętać na zasadzie skojarzenia, z żarówką, nie z żorówką!

Domyślam się, że do szkoły podstawowej chodziłaś również w Żarach w województwie lubuskim. Czy już wówczas wykazywałaś zdolności artystyczne, występowałaś w akademiach, w szkolnym teatrze?

„Żary to wagary…” – że tak zrymuję (śmiech).
Byłam naczelną wagarowiczką. Ale jednocześnie udzielałam się artystycznie – to mnie pasjonowało. Ważnym miejscem był dla mnie Żarski Dom Kultury, który wówczas działał bardzo prężnie. Kierował nim Roman Krzywotulski, prowadzący tam Teatr Drewniana Kurtyna.

W domu kultury odbywał się konkurs recytatorski poezji i prozy rosyjskiej. Zgłosiłam się, bo wiedziałam, że to szansa na poprawienie oceny z tego języka. Wyrecytowałam kilka tekstów, moja nauczycielka była zachwycona i podniosła mi ocenę z niedostatecznej na trójkę. Konkursu co prawda nie wygrałam, ale bardzo mi się to spodobało. Pan Roman najwyraźniej dostrzegł we mnie iskrę talentu, bo zaproponował, żebym dołączyła do koła teatralnego. Jestem mu dozgonnie wdzięczna – zaszczepił w nas pasję do teatru, ale też do literatury.

W szkole średniej też obrałaś podobny system – wagary przeplatane działaniami artystycznymi?

Chciałam dostać się do liceum w Żarach. Egzaminy zdałam, ale ze względu na średnią ocen nie zostałam przyjęta. Mama załatwiła mi liceum w Żaganiu, oddalonym o około 20 kilometrów od domu. I tam – o zgrozo – trafiłam na profil biologiczno-chemiczny. O wagarach musiałam zapomnieć, bo intensywnie uczyłam się biologii i chemii. Poziom był bardzo wysoki, wiele osób z tej klasy dostało się później na medycynę.

Mimo to, biologia nie była moją mocną stroną i groziła mi ocena niedostateczna (śmiech). Ale… los znów mi sprzyjał.
Na jednym z konkursów recytatorskich zaprezentowałam wiersz o… botaniku. Powiedziałam go najlepiej, jak potrafiłam – a mój nauczyciel biologii popłakał się ze wzruszenia. Dzięki temu zmienił mi ocenę na pozytywną.

Ostatecznie jednak na skutek różnych okoliczności w drugiej klasie przeniosłam się do liceum do Żar. I okazało się, że z biologii idzie mi świetnie. Wyedukował mnie dobrze profil biologiczno-chemiczny…

Zostawmy więc Żary i Żagań. Kolejnym przystankiem była pobliska Zielona Góra.

Część moich bliskich znajomych z liceum i z Drewnianej Kurtyny postanowiła zdawać do łódzkiej Filmówki. Stwierdziłam, że i ja spróbuję. Koledzy odpadli po pierwszym etapie, ja doszłam do trzeciego, ale ostatecznie się nie dostałam. Stanowiliśmy bardzo zgraną paczkę, przyjaźniliśmy się i postanowiliśmy razem wyruszyć do Zielonej Góry, by tam studiować. Co prawda różne kierunki, ale za to w jednym mieście.

Zdałam egzaminy na Pedagogikę Kulturalno-Oświatową w ówczesnej WSP (dziś Uniwersytet Zielonogórski).

Pilną studentką nie byłam, bo dostałam się do chóru akademickiego i zaczęłam podróżować po świecie. W Zielonej Górze zaczęło się jednak prawdziwe życie artystyczne. Bardzo prężnie działało tam środowisko kabaretowe. To był początek działalności zespołu Raz Dwa Trzy, ale i  Kabaretu Potem, stworzonego przez absolwentów i studentów naszej uczelni.

Świetnie funkcjonował studencki klub „Gęba”, w którym niemal co weekend występowaliśmy. Opiekował się tym Władek Sikora – założyciel Kabaretu Potem, którego nazywaliśmy Dziadkiem. Miałam ogromne szczęście, że prowadził na uczelni fakultet kabaretowy. Wszyscy, którzy na niego uczęszczali, grali w tzw. „małych Potemach” – testowaliśmy tam pomysły tworzone dla głównego kabaretu.To był wspaniały czas i niezwykli ludzie tworzyli wtedy kulturę Zielonej Góry. W akademiku, piętro niżej ode mnie, mieszkał Adam Nowak, późniejszy leader zespołu RAZ, DWA, TRZY. Często grał na gitarze na korytarzu – już wtedy robił to znakomicie. Zawsze ktoś się przysiadał, by go posłuchać.

Z tamtych czasów znam też Joannę Kołaczkowską. W dziekanacie często nas mylono – ona miała panieńskie nazwisko Chuda, ja Chołuj. Fonetycznie brzmi to dość podobnie (śmiech).

Masz w sobie dużą vis comicę. Lubisz grać w komediach?

Kocham rozśmieszać ludzi – w teatrze i poza nim.
Nawet gdy idę do sklepu i widzę ludzi zmęczonych życiem, smutnych, próbuję rozluźnić atmosferę, zażartować. Jedni rodzą się, by leczyć, inni – by rozśmieszać.

Lubię też role dramatyczne, ale jeśli scenariusz na to pozwala, staram się dodać postaci odrobinę światła. Trochę słońca, uśmiechu, odciążyć ją…

Kolejnym przystankiem była Gdynia. Z Zielonej Góry to prawie 500 kilometrów!

Tak. I znów zadziałał przypadek. Byłam na wycieczce szkolnej w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni na musicalu „Skrzypek na dachu”. Spektakl zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam wtedy: też bym tak chciała… Zachwyciło mnie połączenie gry aktorskiej, ruchu i śpiewu.

Po dwóch latach w Zielonej Górze, doświadczeniach kabaretowych i śpiewaniu w chórze, gdy już wiedziałam, że chcę iść drogą artystyczną, ktoś powiedział mi o Studium Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Wtedy skojarzyłam, że to jest przy Teatrze, w którym mi się tak podobało.

Do egzaminu przygotowałam się tym razem solidnie – byłam bardziej świadoma niż podczas prób dostania się do Filmówki. Większość kandydatów była po szkołach muzycznych – śpiewali klasyczne arie, znali nuty, grali na instrumentach. A ja… zaśpiewałam a cappella piosenkę żołnierską i połączyłam ją z marszem, tworząc do niej autorską choreografię. Dodam, że utwór był bardzo trudny. Komisja spadła z krzeseł… ze śmiechu. Oczywiście prezentowałam też inne teksty: prozę współczesną, klasyczną, wiersz. Szczęśliwie – dostałam się i spędziłam tam cztery wspaniałe lata.

Jakie miałaś przedmioty – oprócz klasycznych, typowych dla szkół teatralnych?

Najwięcej było przedmiotów aktorskich, ale bardzo dużo też muzycznych: śpiew klasyczny i estradowy, step, modern jazz, pantomima. W szkole byliśmy od świtu do nocy.

Na rok przyjęto trzydzieści osób – szkołę skończyło pięć. Co ważne, od drugiego roku studenci zaczynali grać na scenie Teatru Muzycznego, łącząc tym samym teorię z praktyką. Na typowe życie studenckie nie było zbyt wiele czasu.

Ogromnym atutem było poznanie teatru „od środka”. Każde przedstawienie to praca ogromnej liczby osób: aktorów, orkiestry, dyrygenta, chóru.  Połapanie tych wszystkich sznurków, kiedy jest się dopiero studentką nie było łatwe. A potem trzeba wyjść na scenę i zagrać przed ośmiusetosobową widownią.

Dopytam o Joannę Bogacką i Jerzego Gruzę, którzy byli silnie związani z Teatrem Muzycznym w Gdyni i Waszą szkołą. Czy jako studentka miałaś okazję się z nimi spotkać?

Mogę powiedzieć, że dzięki Jerzemu Gruzie dostałam się do szkoły. Naprawdę!

Kiedy zdawałam egzaminy Pan Jerzy nie był już związany z Teatrem Muzycznym i szkołą, ponieważ całkowicie pochłonęło go kino, tworzenie filmów. Tego dnia zasiadł w komisji gościnnie. I na całe szczęście dla mnie…    

Oprócz egzaminów z klasycznych przedmiotów robiono studentom taki… przegląd. Było to bardzo stresujące i niekomfortowe. Kazano nam się ubrać w obcisłe trykoty i komisja przyglądała się naszym tzw. warunkom fizycznym. I kiedy doszło do mnie, jeden z panów, będących w komisji, baletmistrz, spojrzał na mnie, przejechał palcem po kręgosłupie i wykrzyknął: „Ona jest krzyyyywawaa!”. Na co Gruza odpowiedział: „I co z tego, że krzywa, ale za to bardzo zdolna!”

Z kolei z Joanną Bogacką wiąże mnie ogrom pięknych wspomnień. Była opiekunką naszego roku i dopiero zaczynała swoją pracę dydaktyczną. Była wspaniałą aktorką, może mniej medialną niż Krystyna Janda, bo silniej związaną z teatrem niż z kinem, ale absolutnie wybitną. Przede wszystkim nauczyła nas żmudnej, konsekwentnej pracy. Powtarzała, że jeśli chcesz wyjść na scenę, tekst musisz powtórzyć co najmniej sto razy. To zostało ze mną do dziś – uczę się wszędzie: na spacerze, w drodze do sklepu, w autobusie. Powtarzam tekst po wielokroć.                                                                    

Pamiętam moment, kiedy kończyliśmy szkołę. Bardzo mi się podobało w Teatrze Muzycznym i chciałam tam zostać. Joanna usiadła wtedy obok mnie i powiedziała: „Iwona, ty przecież śpiewasz. Śpiewać możesz zawsze.
Ale tego, co da ci teatr dramatyczny, musical ci nie da. Nie będziesz do końca życia grała głównych ról musicalowych – wiele tu zależy od wieku, kondycji, zdrowia. Trzeba tańczyć, głos musi być w najwyższej formie.
A dramat? On daje zupełnie inne perspektywy. Możesz grać do późnych lat i to wspaniałe role”.  Myślę, że pomogła mi wtedy dokonać bardzo ważnego wyboru                     .

Jeden ze swoich dyplomów robiłaś w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Jak to się stało, że znów trafiłaś do miasta oddalonego od uczelni o… 450 kilometrów?

Ja tego Radomia bardzo nie lubiłam! Teatr wspominam dobrze, ale samo miasto – niekoniecznie. Było szare, bure, o 22.00 zamykano wszystkie lokale. Ciemno, niebezpiecznie, duża przestępczość. Bałam się chodzić po zmroku.

A znalazłam się tam dlatego, że ówczesny dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni, Maciej Korwin, wysłał cztery osoby z naszego roku, abyśmy w Radomiu zrealizowali spektakl dyplomowy. Dyplom reżyserował dyrektor tamtejszego Teatru, Wojciech Kępczyński. Na kilka miesięcy musieliśmy się przeprowadzić i właściwie przenieść tam całe swoje życie.

Kępczyński bardzo nas lubił, ciepło nas przyjął. W ramach integracji zaprosił całą, zresztą bardzo dużą obsadę naszego spektaklu, do pewnej knajpy. W lokalu byli też ludzie spoza naszego grona. Ja akurat siedziałam obok dwóch nieznajomych mężczyzn. W pewnym momencie ktoś szepnął mi do ucha:
„Siedzisz obok kolesi z mafii”. Pomyślałam: a co mnie to obchodzi? Nie znam ich. Mam uciekać? Nie wyglądali groźnie, pistoletów raczej przy sobie nie mieli. Po chwili sami się przedstawili – jeden jako „Termos”, drugi jako „Wiewióra” (śmiech). Impreza skończyła się bez żadnych incydentów. Odetchnęłam z ulgą i szybko o wszystkim zapomniałam.

Uff…

Ale to nie koniec historii. Po jakimś czasie wracałam z rodzinnych Żar do Radomia. Jechałam obładowana pysznymi rzeczami od mamy – plecak miałam wypchany po brzegi. Kiedy wysiadłam z pociągu, wzięłam taksówkę. Kierowca pomógł mi włożyć plecak do bagażnika. Poprosiłam, żeby podwiózł mnie pod Biały Domek – charakterystyczny budynek w centrum miasta, wynajmowany przez Teatr. Podjechaliśmy, taksówkarz się zatrzymał i po chwili zapytał:                                                     
„Przejedziemy się?” Odruchowo kiwnęłam głową, myśląc, że chce tylko objechać rondo, by wygodnie zawrócić. Nagle zorientowałam się, że jedziemy w zupełnie inną stronę – i to z dużą prędkością. Niedaleko zaczynały się już lasy.

Przestraszyłam się, ale szybko oceniłam sytuację. Na siłacza nie wyglądał – pomyślałam, że dam radę (śmiech). Powiedziałam spokojnie:
„Nie mam pojęcia, dokąd pan jedzie. Ja za to nie zapłacę”.

A potem przyszło mi do głowy, żeby go postraszyć. Zapytałam:
„Wiewióra nie będzie zadowolony!”.

Kierowca gwałtownie spojrzał w lusterko.
„Ty znasz go?”
„Tak, to mój superkumpel”.

Zahamował. Stwierdził, że właściwie chciał mi tylko pokazać piękny dworek za miastem. Szybko zawrócił, podwiózł mnie pod dom i nie wziął ani grosza.

Śmieję się, że jednak na coś się te znajomości przydały. Co ciekawe, siedząc w tej taksówce mniej bałam się o siebie, a bardziej o to, że stracę wiktuały od mamy.

Mrożąca krew w żyłach opowieść! Z Radomia…przyjechałaś do Częstochowy. Opowiedz, jakie towarzyszyły temu okoliczności.

Z Henrykiem Talarem, ówczesnym dyrektorem częstochowskiego Teatru spotkałam się na planie „Bożej podszewki” w reż. Izabelli Cywińskiej. Widocznie dojrzał we mnie jakiś potencjał, bo zaprosił mnie do Częstochowy, żebym zrobiła zastępstwo w spektaklu „Usta przewrotne” za Agatkę Hutyrę, która była wówczas na urlopie macierzyńskim. W tym przedstawieniu grała też gościnnie Emilia Krakowska.

I kiedyś graliśmy ten spektakl w Teatrze Na Piętrze w Poznaniu. Tam były bardzo trudne warunki sceniczne. Bohaterka Pani Emilii poruszała się na wózku. Ja grałam jej opiekunkę i na tym wózku ją woziłam. W Częstochowie na scenie była duża przestrzeń i drewniana podłoga, miałam wszystko dobrze opanowane. W Poznaniu – scena była pokryta wykładziną. I w pewnym momencie musiałam Panią Emilię, dowieźć tym wózkiem do stołu, a ona jedną ręką miała coś z tego stołu zdjąć. Zorientowałam się, że jest to niewykonalne, wózek stawiał opór.         

Dodam jeszcze, że nasza garderobiana, Pani Wandzia, zapomniała wziąć do Poznania moich butów, ale spakowała Agatki, o dwa numery na mnie za małe. I ja nadludzką siłą i w za małych butach Panią Emilię wraz z tym wózkiem dosłownie … podniosłam i postawiłam koło tego stołu.

Po spektaklu – Henryk Talar – stanął na schodach, które prowadziły do sceny  i jak… Romeo z bukietem kwiatów w ręku krzyknął: „Czy zechciałaby Pani zostać aktorką mojego Teatru?” (śmiech).  Zgodziłam się, oczywiście, choć byłam jeszcze studentką i przez pół roku musiałam dojeżdżać do szkoły na zajęcia, a potem na egzaminy.

 

Zaczęłaś z przytupem, a już niebawem obsadzono Cię w monodramie!

Tak w „Pamiętniku narkomanki” Barbary Rosiek. Rzucona zostałam na głęboką wodę. To był tekst o dziewczynie wychodzącej z uzależnienia. Grałam go w…teatralnej piwnicy. Kontakt z widzem był bardzo bliski, na wyciągnięcie ręki. Moje opowieści przeplatane były piosenkami, które wykonywała m.in. Marzena Lamch-Łoniewska, a wcześniej Ilona Organa.

Ludzie po spektaklu podchodzili do mnie i dopytywali jak to się stało, że pozwolono opowiedzieć mi swoją historię… (śmiech). Nie znali mnie jeszcze ze sceny, byli pewni, że jestem uzależniona i Teatr dał mi przestrzeń, żebym o tym opowiedziała. 

Jakie spektakle realizowane w naszym Teatrze wspominasz ze szczególnym sentymentem?

Na pewno „Antygonę” według Kajzara w reżyserii Tadeusza Kijańskiego.
W tym spektaklu również śpiewałam. Kostiumy do przedstawienia zaprojektował scenograf, brat reżysera, Janusz Kijański. Stroje miały w sobie coś z „Matrixa” – ekscentryczne, długie płaszcze z imitacji skóry robiły ogromne wrażenie. Ten świat stworzony przez reżysera i scenografa był spójny, wyrazisty i niezwykle sugestywny.

Niestety zagraliśmy „Antygonę” zaledwie kilkanaście razy. Przyszedł nowy dyrektor, Marek Perepeczko – którego później bardzo polubiliśmy – ale ten spektakl nie był w jego estetyce i zdjął „Antygonę” z afisza.

Myślę, że wielu aktorów to potwierdzi: kiedy człowiek włoży w coś ogrom pracy i nie może tego „urodzić”, wypuścić w świat, rodzi się żal.
Moja Antygona śniła mi się po nocach. Potrzebowałam ją wygrać do końca, wygadać, wyrzucić z siebie. Dopiero kiedy spektakl gra się wielokrotnie, można go jakby zapisać na twardym dysku i spokojnie pożegnać. Ja nie dostałam tej szansy.

Bardzo miło wspominam również „Walentynki” w reżyserii Szczepana Szczykno. Grałam tam… dwie Katie. Dodatkowo grałam na saksofonie. Pracował ze mną profesjonalny muzyk, który nauczył mnie kilku zadań i podstaw gry. Powiedział nawet, że mam do tego predyspozycje – bo nie każdy potrafi wydobyć dźwięk już przy pierwszej próbie. A mnie udało się nawet zagrać prostą melodię.

Za tę rolę otrzymałam nominację do Złotej Maski za kreację aktorską roli kobiecej.

Uwielbiałam też grać w „Balladach morderców” – spektaklu muzycznym opartym na piosenkach Nicka Cave’a. Występowaliśmy razem z Arkiem Głogowskim. Pamiętam, że do Teatru ktoś podrzucał anonimy, oskarżając nas o podżeganie do zbrodni (śmiech).

Bardzo lubiłam też grać w „Fałszu” w reżyserii André Hübnera-Ochodlo. Występowaliśmy razem z Teresą Dzielską i Maćkiem Półtorakiem. To była pierwsza premiera po pandemii – czuliśmy ogromny głód sztuki i tęsknotę za sceną. Sam tekst był znakomicie napisany: esencjonalny, zagadkowy, psychologiczny.

Szczególnie bliskie są mi także „Wilki” Singera/Osieckiej w reżyserii André Hübnera-Ochodlo. Za każdym razem, gdy grałam swoją postać, towarzyszyły mi bardzo silne emocje – być może dlatego, że na końcu… moja bohaterka umierała. To dla aktora ogromne przeżycie. A chwilę później trzeba wyjść do ukłonów. Za każdym razem czułam pewien dysonans i myślałam: „Co ja tutaj robię?” Jakoś było mi niezręcznie…

W tę „moją” śmierć wkładałam bardzo dużo emocji. Chciałam, żeby była prawdziwa, nieprzerysowana. Po prostu wiarygodna.

Teatr to ludzie, po jednej i drugiej stronie rampy. Czy zdarzyły Ci się sytuacje, które wybiły Cię z rytmu tak, że dalsze granie było pod znakiem zapytania?

Oj, było ich sporo. Wiele lat temu w naszym Teatrze spektakl „Na szkle malowane” reżyserowała go Krystyna Janda. Oprócz nas, aktorów częstochowskiego Teatru, występowali tam również górale – i były … góralskie tańce (śmiech)

Pamiętam, że kiedyś miałam, na skutek kontuzji, wybitą rękę w nadgarstku. Bardzo bałam się wtedy wyjść na scenę, zwłaszcza że spektakl był dynamiczny. Poprosiłam Arka Głogowskiego, który akurat ze mną tańczył: „Nie ściskaj mi lewej ręki, pamiętaj o tym!”. Ale w ferworze gry on oczywiście ścisnął ją z całej siły. Na szczęście była głośna muzyka, bo z bólu zawyłam.

Był także spektakl, w którym naprawdę umierałam.
Graliśmy w „Scenariuszu dla trzech aktorów” Schaeffera razem z Arkiem Głogowskim i Robertem Rutkowskim. Reżyser Boguś Semotiuk wymyślił, że ja, grająca postać reżyserki, opowiadając na samym początku o dwóch nieistniejących postaciach, równocześnie jem jabłko. I zdarzyło się tak, że zakrztusiłam się. Publiczność wyła ze śmiechu, bo myśleli, że to część gry.

Koledzy aktorzy stali za kulisami, nie widzieli, co się dzieje. Na dole, przy scenie kameralnej, było wówczas pomieszczenie naszych chłopaków z obsługi technicznej. Pomyślałam, że do nich wbiegnę i oni jakoś mi pomogą, ale nie dałam rady. W końcu dobiegł do mnie Arek Głogowski i klepnął mnie w plecy mówiąc: „Ej, stara, o co chodzi?”. Udało mi się odkrztusić. Przeżyłam.

Kiedy odzyskałam mowę, powiedziałam: „Ja nie gram, idę na dwór… na trawę, ładne słońce dziś”. Arek jednak wepchnął mnie z powrotem na scenę. Dograliśmy spektakl do końca. Dziś myślę, że wtedy byłam w dużym szoku – może nawet trochę niedotleniona – bo zachowywałam się irracjonalnie. Mogę śmiało powiedzieć, że po tym przeżyciu urodziłam się na nowo.

Iwonko, u Ciebie jest jak u Hitchcocka. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie…

Tak, mogłabym jeszcze kilka historii opowiedzieć (śmiech)

Chciałabym, żebyśmy wróciły do Schaeffera, bo ten autor pojawiał się w Twoim życiu zawodowym kilka razy.

I znowu jest to historia metafizyczna.
Sto lat temu, wspomniany przeze mnie szef żarskiego MDK-u, Roman Krzywotulski, sprowadził do Żar spektakl „Scenariusz dla trzech aktorów” w wykonaniu braci Grabowskich i Jana Peszka.
Wtedy zakochałam się w aktorstwie. Zobaczyłam, że teatr nie musi być koturnowy, że nie trzeba mieć ciężkich kostiumów ani peruk.

Na scenie było trzech wysportowanych facetów, mówiących naturalnie, lekko, choć tekst nie był łatwy – pełen filozofii i intelektualnych wolt. A sposób, w jaki go podawali, był po prostu porywający.

Historia zatoczyła koło: najpierw zagrałam „Scenariusz…” w Częstochowie, a potem zrealizowałyśmy z moimi koleżankami aktorkami, Dorotą Gorjainow i Anią Modrzejewską „Scenariusz dla trzech aktorek”. Pomyślałyśmy, że można ten tekst zaadaptować na kobiety. Zwróciliśmy się z prośbą o pozwolenie do Schaeffera, wyraził zgodę, przedstawienie wyreżyserował także Bogusław Semotiuk. Ten spektakl po latach ewaluuje, jest tam ogromna przestrzeń do improwizacji, którą skrupulatnie wykorzystujemy i dokładamy różne elementy.

Obecnie znalazłyśmy dla naszego spektaklu stały Teatr – nazywa się Scena Metro i znajduje się przy ostatniej stacji warszawskiego… metra. To zjawiskowe miejsce, pełne uroku: widownia mieści 70 osób, obok jest kafejka ze stolikami, a pod sceną jeżdżą pociągi, których w ogóle nie słychać.

Obecnie przygotowujesz się do roli w „Medei” w reżyserii Adama Nalepy. Opowiedz o swojej postaci i o tej realizacji.

Jesteśmy jeszcze na początku procesu twórczego. Nie gram głównej roli – moja postać nazywa się dość enigmatycznie: IO. Nie spodziewałam się, że role mniejsze, które grają Agnieszka Łopacka, Sylwia Oksiuta-Warmus i ja, będą tak ciekawie rozpisane przez reżysera, który jest też autorem adaptacji. Mamy trudne i długie monologi do wygłoszenia i sama jestem ciekawa, w którą stronę pójdzie interpretacja tekstu.

Wiem, że Adam Nalepa jest doceniany właśnie za takie monumentalne dzieła, z których potrafi wydobyć coś współczesnego. I wiem, że jego spektakle bardzo podobają się publiczności. Premiera jest przygotowywana na Międzynarodowy Dzień Teatru. Będzie to powrót do tragedii antycznej, której w naszym teatrze dawno nie realizowano. Cieszę się, bo mentalnie wracam także do mojej… „niewygranej” Antygony. Odnajduję w tym spektaklu i tej postaci punkty styczne z tamtym przedstawieniem.

Dziękuję za rozmowę i życzę Ci kolejnych wspaniałych ról i spektakli.

 

Częstochowa, 10 II 2026 r.