Aktualności
Adam Hutyra – aktor nieprzypadkowy
ADAM HUTYRA – AKTOR NIEPRZYPADKOWY
O przypadkach, które wiele znaczą, o Wrocławiu lat 90., o szkole teatralnej, niełatwych debiutach, o artystycznych olśnieniach. O teatralnych mistrzach i przyjaciołach, o tym, że metafizyka w teatrze pojawia się ukradkiem. O rolach zapadających w serce, o lekcji uważności od Ireny Kwiatkowskiej i o tym, że… jak się mucha uprze, to zagra w spektaklu.
---------
Z Adamem Hutyrą, który 31 stycznia 2026 r. obchodzić będzie jubileusz 35-lecia pracy artystycznej, rozmawia Ewa Oleś
Jak to się stało, że wybrałeś aktorstwo? Czy decyzja o zdawaniu do szkoły teatralnej była od początku świadoma, czy raczej wynikała z intuicji i splotu różnych okoliczności?
Bardziej był to przypadek niż zaplanowany wybór. W liceum, przynajmniej na początku, w ogóle nie zastanawiałem się poważnie nad studiami. Chyba bardziej zajmowało mnie wtedy szeroko pojęte życie niż nauka. (śmiech)
To nie znaczy, że teatr był mi zupełnie obojętny. Zdarzało mi się jeździć do Bielska-Białej – do Teatru Polskiego czy Banialuki – oglądałem też świetne spektakle podczas festiwalu teatru lalkowego, który odbywał się w Bielsku. Przez długi czas nie myślałem jednak o teatrze w kontekście własnej przyszłości.
W ostatniej klasie liceum zacząłem się wahać, czy nie zdawać na geografię albo historię. Ale żadna z tych opcji nie przekonywała mnie w stu procentach. Wiedziałem tylko, że muszę gdzieś zdawać – choćby po to, żeby uniknąć wojska.
No i co dalej z tym przypadkiem?
Oj, to nie był jeden przypadek, tylko cała ich seria (śmiech). Wcześniej mój brat przygotowywał się do egzaminów do szkoły teatralnej. Pamiętam nawet, że jednym z tekstów, które miał mówić na egzaminie, był fragment „Konopielki”.
I pewnie on się nie dostał, a Ty tak. Zupełnym przypadkiem.
Waśnie tak to wyglądało (śmiech). Moi rodzice przyjaźnili się z aktorami Teatru Banialuka w Bielsku-Białej – Jarkiem i Małgosią Dwornikami. To byli niezwykle życzliwi ludzie. To oni podsunęli mi pomysł, żebym spróbował zdawać do szkoły teatralnej, obiecując przy okazji, że udzielą mi kilku wskazówek i trochę mnie przygotują do egzaminów. I rzeczywiście tak się stało.
Pamiętam jedno z ostatnich spotkań przed egzaminami. Pojechałem do nich do domu, wchodzę do mieszkania, a w dużym pokoju siedzą zaproszeni przez nich sąsiedzi. Zorganizowali mi… publiczność. Mówiłem teksty przed nimi, umierając ze strachu. (śmiech)
Do szkoły teatralnej dostałeś się za pierwszym razem?
Tak – ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu udało się. Ale… nie było to takie proste.
Domyślam się…
W dniu wyjazdu na egzaminy niewiele brakowało, a nie wsiadłbym do pociągu.
?
Miałem taką sytuację, dość skomplikowaną, i właściwie nie mogę dokładnie powiedzieć, co się wydarzyło. Stałem na dworcu, podjechał pociąg i nie wiedziałem, co robić dalej. Ale wsiadłem i pojechałem. Choć na tym historia się nie kończy. Kilkanaście minut później dosiadł się do mojego przedziału chłopak w moim wieku. Przedział był pusty, siedzieliśmy więc sami i trochę rozmawialiśmy. Potem się rozstaliśmy… i spotkaliśmy się ponownie w szkole. On też zdawał egzaminy, dostał się i razem byliśmy na roku. Potem z Markiem, bo tak miał na imię, bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Niestety nie żyje już od kilkunastu lat…
Jak wspominasz szkołę teatralną i jak Wrocław przełomu lat 80. i 90.?
To był wspaniały, barwny czas. Oczywiście większość dnia spędzaliśmy w murach szkoły. Zajęć było sporo, ale pracy po zajęciach też nie brakowało.
Skończyłem wydział lalkarski, więc mieliśmy mnóstwo samodzielnej pracy. Oprócz przedmiotów klasycznych, jak w każdej szkole teatralnej, było też sporo zajęć technicznych. Na przykład rysunek prowadzony przez profesora z Krakowa – niestety, nie pamiętam jego nazwiska. To były niezwykle inspirujące lekcje, które otwierały nam głowę na wyobraźnię plastyczną i przestrzenną.
Robiliśmy sami przedstawienia: tworzyliśmy scenariusze, dobieraliśmy muzykę, oświetlaliśmy spektakle. Jedni grali na scenie, drudzy zajmowali się obsługą sprzętu, nagłaśnianiem i oświetleniem naszych etiud.
Teatr lalkowy nie jest tylko dla dzieci – pozwala pokazać czasem więcej niż teatr w żywym planie, operuje zupełnie innymi środkami wyrazu.
Pamiętam z czasów studiów jak prężnie działał Wrocławski Teatr Lalek. Wystawiano tam również spektakle dla dorosłych, w tym Witkacego. Z tymi przedstawieniami jeździli po świecie, zdobywali nagrody na festiwalach.
To było naprawdę inspirujące środowisko, które mocno wpływało na nasze postrzeganie teatru i sztuki.
Czy wystarczało Wam czasu, aby chodzić do teatru, kina, muzeum?
Oczywiście, że tak. Chodziliśmy na spektakle do Wrocławskiego Teatru Pantomimy, Teatru Polskiego, Współczesnego… To był naprawdę ciekawy czas, ale też społecznie i politycznie gorący.
We Wrocławiu działała Pomarańczowa Alternatywa (antykomunistyczny, ogólnopolski młodzieżowy ruch happeningowy, funkcjonujący w PRL-u w latach 80. – przyp. red.). Pamiętam, że wziąłem udział w co najmniej jednej takiej manifestacji na wrocławskim Rynku.
Odbyło się regularne pałowanie, niektórzy próbowali uciekać z rynku, ale rogatki były obstawione wozami ciężarowymi, wokół krążyła milicja. Kogo złapali, ładowali do samochodów, innych bili, a części udało się w ostatniej chwili uciec.
Czy jako student zetknąłeś się z Ośrodkiem Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego*?
Byłem na czwartym roku, kiedy Instytut szukał aktorek i aktorów do realizacji jednej ze sztuk Moliera, reżyserowanej metodą Grotowskiego. Próby trwały chyba miesiąc, ale projekt ostatecznie nie doszedł do skutku – nie pamiętam dokładnie dlaczego. Mimo to było to dla mnie cenne doświadczenie, bo po raz pierwszy zetknąłem się z metodami pracy innymi niż te, które znałem z teatru lalkowego.
Czy myślałeś kiedyś o pracy w teatrze, który przekracza granice, jest mniej bezpieczny, opiera się w dużej mierze na prywatnych emocjach i wymaga od aktora całkowitego oddania?
Myślę, że chciałbym spróbować. Czy by mi to pasowało, czy odnalazłbym się w tym – nie wiem. Teatr ma przecież różne formy wyrazu i każda z nich jest na swój sposób fascynująca.
Słyszałem różne rzeczy o tzw. komunach teatralnych, że miały ogromny wpływ na aktorów, że coś dawały, ale i odbierały. Trudno mi jednak o tym wypowiadać, bo sam tego nie doświadczyłem.
Wydaje mi się natomiast, że łatwiej całkowicie zatracić się w tworzeniu i poświęceniu teatrowi, kiedy nie ma się rodziny. Jeśli rodzina jest, wówczas pojawia się konieczność wyboru priorytetów.
Ostatnio czytałam książkę biograficzną o Piotrze Fronczewskim, wydaną w latach 90. Wielu nestorów aktorstwa wypowiadało się w niej w tonie, że marnuje swój talent, bo oddał się też „lżejszej muzie” – brał udział w Kabarecie Olgi Lipińskiej, wykreował Franka Kimono, a nawet pojawił się w reklamie. Ciekawa jestem, jak to wyglądało u Was w szkole, jakie zasady Wam wpajano?
Pamiętam, że w szkole toczyły się dyskusje, czy aktorzy powinni grać w reklamach i kabarecie. Na seriale profesorowie patrzyli już wtedy trochę bardziej łaskawie. W ówczesnej mentalności zakorzenione było mocno przekonanie, że pewne rzeczy dla aktora są dyshonorem.
W szkole wpajano nam szacunek do zawodu, do teatru, przekazywano etos pracy i poczucie misyjności teatru. Myślę, że wiele z tych rad było bardzo cennych. Jednak przez te lata świat się zmienił. Dziś, moim zdaniem, warto patrzeć na to raczej przez pryzmat jakości – czy w czymś warto wziąć udział, czy nie. Głównym miernikiem powinna być po prostu wartość projektu, niezależnie od tego, czy chodzi o spektakl, serial czy reklamę.
Wróćmy do naszego Teatru. Przyszliście tutaj w czwórkę: Ty, Twoja żona Agata Ochota-Hutyra, Małgosia Marciniak i Robert Rutkowski. Jak to się stało, że wybór padł na Częstochowę?
I to jest chyba kolejny przypadek. Z Agatką myśleliśmy o zatrudnieniu się w dwóch różnych teatrach w jednym mieście. Okazało się jednak, że nie było to takie proste.
Dowiedzieliśmy się, że w częstochowskim Teatrze będzie nabór i w czwórkę przyjechaliśmy na rozmowę. Wiedzieliśmy już co nieco o tym Teatrze. Obejrzeliśmy tu kilka spektakli, które nam się podobały: „Zabawę w śmierć”, „Przygody Lejzorka Rojtszwańca”. Do pracy przyjął nas ówczesny dyrektor –Tadeusz Kijański. To był czerwiec, a we wrześniu nastąpiła zmiana dyrekcji.
Niestety, kolejne kilka lat pod nową dyrekcją nie sprzyjały Teatrowi. To był czas marazmu. W repertuarze dominowała klasyka, ale realizowana w sposób archaiczny i nużący. Skutecznie wyganialiśmy widza z teatru.
Twój debiut na częstochowskiej scenie to „Pasjans aktorski”. Podobno spektakl nie należał do udanych.
Tak, to była trauma. Spektakl był zły – źle wyreżyserowany, zagrany, z nie najlepszym tekstem. Nie mieliśmy do końca świadomości, co właściwie wykonujemy. Towarzyszyło nam poczucie, że ktoś niechcący zrobił nam krzywdę. Ale żeby nie odsądzać tego czasu zupełnie od czci i wiary… Zdarzały się też naprawdę dobre spektakle. Takie jak: „Miłość i gniew” Osborne’a w reżyserii Alicji Choińskiej. Ważnym doświadczeniem był też spektakl „Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim”, czy „Kartoteka” Różewicza w reżyserii Wandy Laskowskiej.
Domyślam się, że nieszczęsny „Pasjans aktorski” graliście jednak jakiś czas… Co czułeś, kiedy musiałeś mierzyć się z tym na scenie?
Wiedziałem, że muszę to zrobić, bo jestem na etacie i muszę wyjść na scenę i zagrać. Ale wtedy się zaczęły rodzić myśli o tym, żeby zmienić...
… Teatr na geografię?
Tak, żeby jednak geografię zacząć studiować. (śmiech)
A tak poważnie mówiąc, te dobre spektakle, o których wspomniałem, dawały nam nadzieję, że może będzie lepiej.
Trzeba jednak zaznaczyć, że próbowaliśmy wraz z Agatką zmienić Teatr. Dwukrotnie podejmowaliśmy takie działania, ale z różnych powodów się nie udało.
Właściwie raz już się zaangażowaliśmy… okazało się jednak, że dyrektor się zmienił i wszystko trzeba było zaczynać od nowa.
Czyli byliście zwiastunem teatralnych przewrotów?
Nie tyle przewrotów, co zmian na stanowisku. (śmiech)
Ale potem, po tych trzech ciężkich sezonach, gruchnęła wiadomość, że stanowisko dyrektora naszego Teatru obejmuje Henryk Talar.
Była to postać, która diametralnie zmieniła sytuację częstochowskiej sceny. Czas jego dyrektury był niezwykle barwny, ożywczy, twórczy.
Śmiem twierdzić, że w dużej mierze jako aktora ukształtował mnie właśnie Jego Teatr i to, co nam proponował. Spotkaliśmy się z bardzo ciekawymi reżyserami i robiliśmy naprawdę interesujące rzeczy. O coś się biliśmy, o czymś dyskutowaliśmy. Myślenie Talara o teatrze było totalnie wywrotowe.
Miasto wróciło bardzo tłumnie do naszego Teatru. Graliśmy mnóstwo spektakli, jeździliśmy na festiwale i konkursy. Nazwisko Henryka, ale też to, co udało mu się tu zrobić, otwierało drzwi i dawało ogromne możliwości. To było fantastyczne. Mieliśmy ogrom pracy, prawie nie wychodziliśmy z Teatru. Wchodziłem z jednej premiery w drugą.
Panowała atmosfera prawdziwej pracy twórczej, zmagań z materią, czasem trudną i wymagającą, bo Henryk nie szedł na kompromisy.
Czasy dyrekcji Henryka Talara to spotkania m.in. z takimi twórcami jak Adam Hanuszkiewicz, Jarosław Kilian i wielu innych wybitnych artystów.
Tak, to nie były tylko „nazwiska”, to byli twórcy, którzy przynieśli ze sobą konkretne propozycje. Byli odważni, innowacyjni.
Hanuszkiewicz na przykład wprowadził otwarte próby do „Balladyny” – rzecz naprawdę na tamte czasy unikatowa. Widz mógł podejrzeć proces tworzenia, zajrzeć do Teatru od kuchni.
Jak zareagowaliście, kiedy dowiedzieliście się, że Hanuszkiewicz będzie realizował u nas sztukę, i to tę kultową „Balladynę”?
Oj, byliśmy niezwykle podekscytowani. Co prawda krążyły opinie, że jego gwiazda nieco przygasa, ale to absolutnie nie była prawda.
Kiedy przyjechał do Częstochowy, do Teatru, poczuł, że ma do czynienia z zespołem, który naprawdę chce z nim pracować i patrzy na niego jak w obraz. To chyba dodało mu jeszcze więcej siły, energii i zapału do pracy. Trzeba też wspomnieć, że miał niespożyte siły – rano, wieczorem, w dzień i w nocy rozmawiał z aktorami, analizował spektakl, role.
Był prawdziwym mistrzem i autorytetem. Nigdy nie słyszałem, by ktoś lepiej mówił wiersz klasyczny. Kiedy powiedział fragment tekstu, nad którym pracowaliśmy, wydawało mi się, że nie może być innej interpretacji.
Myślę, że tamte czasy, o których wspominasz, to nie tylko ferment artystyczny i znakomite spektakle, ale też Wasza młodość i niezwykłe poczucie wspólnoty.
Tak, to prawda. Każdy przychodził na premierę kolegi, omawiało się spektakle, żyło nimi, rozmawiało w bufecie po przedstawieniu, spotykało się poza Teatrem.
W Teatrze panowały pewne niepisane zasady, z którymi się po prostu nie dyskutowało – na przykład, że próba nie musi kończyć się o 22.00, tylko wtedy, gdy wszystko jest już dopracowane. Pamiętam próby, które trwały do trzeciej czy czwartej rano.
Czy w swoim zawodzie, oprócz wymienionych osób, masz kogoś, kto był lub jest dla Ciebie inspiracją?
Wiesz, nie podchodzę do tego w ten sposób. Nie mam jednej konkretnej osoby, nie marzę też specjalnie o tym, żeby zagrać Króla Leara. Mam za to mnóstwo dobrych wspomnień z innymi osobami ze świata teatralnego.Do wcześniej wymienionych dodam kilka osób z teatralnego świata: Łukasza Wylężałka, Pawła Łysaka, Pawła Wodzińskiego, z którymi zetknąłem się właśnie w naszym Teatrze.
Patrząc nieco szerzej, muszę wspomnieć aktora, który był mi szczególnie bliski. Widziałem go w wielu filmach i spektaklach teatralnych. Miałem szczęście spotkać się z nim także na planie filmowym.
W głowie mam takie wspomnienie z czasów studenckich… Oglądałem go na scenie Teatru Studio w Warszawie w spektaklu „Kartoteka”. Grał tam rolę epizodyczną, a w głównego bohatera wcielał się Tadeusz Łomnicki. Mimo że Walczewski był na scenie około dziesięciu minut, jego obecność i fenomenalne wykonanie zapadły mi głęboko w pamięć.
Z kolei dzięki Łukaszowi Wylężałkowi, który realizował w latach 90. film „Darmozjad polski”, miałem też okazję poznać Jana Peszka, Zbigniewa Zamachowskiego i wielu innych…
Miałem możliwość zagrania na jednej scenie z tuzami aktorstwa: Ireną Kwiatkowską i Wiesławem Michnikowskim.
O Jezu! Opowiedz o tych spotkaniach!
Opowiem o spotkaniu z Panią Ireną Kwiatkowską. Grałem kiedyś gościnnie w Teatrze Komedia w Warszawie. Chyba był to spektakl… jeśli dobrze pamiętam… „Z rączki do rączki”. Byłem potwornie stremowany. Pani Irena była perfekcjonistką, wszyscy odnosili się do niej z ogromnym szacunkiem.
Szczególnie pamiętam jedną sytuację: stałem na środku sceny, za chwilę miałem wejść w dialog z postacią graną przez Panią Irenę. Ona otworzyła drzwi, weszła na podwyższenie i otrzymała huraganowe brawa. A ja za szybko wypowiedziałem swoją kwestię… Na widowni było około 500 osób. Pani Irena natychmiast miała ciętą ripostę: „Najpierw słuchać, potem mówić” (śmiech). Dała mi w ten sposób ogromną lekcję uważności.
Potem poszedłem do niej do garderoby, przeprosiłem ją, a ona powiedziała, że nic się nie stało i że rozumie. Graliśmy ten spektakl jeszcze wielokrotnie. To było dla mnie – wówczas młodego człowieka – duże przeżycie i ciekawe doświadczenie.
Życie aktora teatralnego składa się z prób i spektakli. Lubisz próbować, czy wolałbyś ograniczyć ten etap do niezbędnego minimum?
Bardzo lubię ten etap i żartobliwie powtarzam, że nieraz próby bywają ciekawsze niż samo przedstawienie (śmiech). Uwielbiam próby, zwłaszcza gdy pracuje się z twórczym reżyserem i ciekawym tekstem. To fantastyczny czas – dochodzenie do prawdy, analizowanie postaci i zachodzących między nimi relacji.
Długi proces twórczy oparty na analizie tekstu jest zawsze potrzebny?
Myślę, że nie. Wszystko zależy od materiału, rodzaju spektaklu, czy metody pracy reżysera. Przypomnę „Karierę Nikodema Dyzmy” w reżyserii Gabriela Gietzky’ego. Przy tym spektaklu nie było długich, analitycznych prób. Gabriel rozdał nam scenariusze, przeczytaliśmy teksty, zrobiliśmy skróty i omówił z nami wizję całości.
Potem dał nam czas na naukę tekstu. I to było naprawdę zbawienne – uczyłem się przez osiem dni, od świtu do nocy. Dla mnie opanowanie tekstu jest podstawą. Choć aktorzy podchodzą do tego różnie, wielu uczy się tekstu dopiero na scenie, będąc już w pełni osadzonym w sytuacjach. Jeden z moich kolegów mawia żartobliwie: „Jak się teraz nauczę tekstu, to co ja będę później robił?” (śmiech)
W „Karierze Nikodema Dyzmy” wcielasz się w rolę tytułową. Czy było Ci trudniej, mając w pamięci ikoniczną kreację Romana Wilhelmiego?
Wiesz, nie sposób tego zupełnie wyrzucić z głowy. Ta rola i ten serial są bardzo mocno zakorzenione w naszej świadomości. Od początku jednak wiedziałem, że nie mogę się na Wilhelmim wzorować ani niczego od niego zapożyczać – to byłoby po prostu niemożliwe. W takiej sytuacji można stać się jedynie nieudolną kopią.
Dlatego razem z Gabrielem, oczywiście w ramach tekstu, szukaliśmy czegoś zupełnie innego. Dobrze się rozumiemy, pracowaliśmy wcześniej przy innych spektaklach, więc jego wizja i pomysł na postać były dla mnie bardzo czytelne.
Nasz Dyzma jest zawieszony między epokami. Gabriel oparł się na uniwersalności tego tekstu, wprowadzając jedynie kilka nienachalnych uwspółcześnień.
Gdybyś miał czarodziejską różdżkę i mógł ocalić kilka spektakli, przywracając je na afisz, które tytuły byś wybrał?
Na pewno „Procę” w reżyserii André Hübnera-Ochodlo. To był spektakl, który kosztował mnie bardzo dużo, był trudny, esencjonalny. Przychodziłem do Teatru dwie godziny przed przedstawieniem i zostawałem jeszcze długo po jego zakończeniu. Graliśmy wspólnie z Tomkiem Włosokiem i Iwoną Chołuj. Myślę, że dla całej naszej trójki każde przedstawienie było wyczerpującym przeżyciem. To był spektakl absolutnie niezwykły.Pamiętam tę ciszę na widowni – szczególną, niemal namacalną. Aktorzy wyczuwają takie rzeczy. Nawet najcichszy szelest, choćby wyjmowanego z torebki cukierka, potrafił zakłócić to skupienie. A takie stany koncentracji zdarzają się naprawdę rzadko.
Drugim tytułem byłaby na pewno „Skrzyneczka bez pudła” Dymnego w reżyserii Andrzeja Sadowskiego. Grałem w niej razem z Gosią Marciniak i Markiem Ślosarskim. Uwielbialiśmy ten spektakl. Andrzej miał niesamowite pomysły, które rodziły się z próby na próbę.
Do dziś pamiętam jeden z monologów, rozpisany w formie równania matematycznego na tablicy. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł (śmiech). Zaczęliśmy się zastanawiać, jak przełożyć monolog na dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie, pierwiastkowanie – a na końcu, jak to w matematyce – wszystko nam się zgodziło.
Ze „Skrzyneczką…” wyruszyliście w świat – graliście na wielu festiwalach w Polsce, a także na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Puli, w Chorwacji.
Tak. Dostaliśmy także za ten spektakl dużo nagród.
Pamiętam, że po jednym z festiwali, gdzie pokazywaliśmy spektakl podeszła do nas Pani Zofia Kucówna, która była w jury i powiedziała, że taki teatr już rzadko się ogląda. Była zachwycona spektaklem.
Z graniem „Skrzyneczki” wiąże się wiele przygód – niektóre zaskakujące, inne trochę mrożące krew w żyłach (śmiech).
Tak. Podczas Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy graliśmy spektakl na Scenie Malarnia w Teatrze Polskim i w pewnym momencie przez okno wleciała mucha. Śmiało mogę powiedzieć, że stała się ona kolejnym bohaterem przedstawienia. Krążyła nad nami i nad widownią, była bardzo słyszalna, wlatywała i wylatywała w konkretnych sekwencjach. Cała sytuacja była totalnie absurdalna – publiczność reagowała na nią żywo, wszyscy się śmiali.
Jeśli chodzi o historie naprawdę mrożące krew w żyłach, to bez wątpienia był występ na festiwalu w Łodzi. Trzeba tu dodać, że „Skrzyneczka…” była spektaklem, w którym ogromną rolę odgrywał drugi plan – film. W trakcie przedstawienia działo się tam bardzo dużo, prowadziliśmy dialog z postaciami z projekcji. Zastanawialiśmy się nieraz, co by było, gdyby film się zaciął albo projektor się zepsuł. I oczywiście… dokładnie to się stało.
I co zrobiliście?
Ratowaliśmy się, jak mogliśmy, dopowiadaliśmy kwestie, improwizowaliśmy, próbowaliśmy opowiedzieć widzom, co właśnie powinno się wydarzyć.
Mocne doświadczenie.
Po spektaklu rozmawialiśmy z publicznością i słyszeliśmy, że dla nich także było to mocne przeżycie. Mówili, że właśnie taki teatr jest – nieprzewidywalny, żywy – i że pewnie limit takich zdarzeń mamy już wykorzystany na całe życie (śmiech)
A inne spektakle, które chciałbyś ocalić?
Z pewnością „Kandyda, czyli optymizm” w reżyserii Rafała Szumskiego – choć to przedstawienie wymagające ogromnej kondycji. Nie wiem, czy dziś byłbym w stanie temu podołać.
Na pewno także „Łysą śpiewaczkę” w reżyserii Henryka Talara. Uwielbiałem ten spektakl. Zresztą z nim objeździliśmy niemal całą Polskę i naprawdę wiele się wtedy działo. Pozwalaliśmy sobie na odrobinę improwizacji w zachowaniu postaci, zwłaszcza gdy na scenę wchodził Henryk jako Strażak… Oj, wtedy potrafiło się wydarzyć naprawdę wszystko (śmiech).
Pamiętam jeden wyjazd gdzieś na południe Polski. Przyszło tylu widzów, że nie wszyscy zmieścili się na widowni – a była ona całkiem spora. Porozmawialiśmy między sobą i doszliśmy do wniosku, że… zagramy spektakl jeszcze raz. Henryk wyszedł przed Teatr i powiedział: „Jeśli chcecie, zaczekajcie – zagramy to dla was”. I oni zostali. Dziś wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Czyste szaleństwo.
Uwielbiałem także „Czekając na Godota” Becketta w reżyserii Antoniego Libery. Co prawda grałem tam niewielką rolę – Lucky’ego – ale moim zdaniem, kiedy wszyscy, mówię o aktorach, byliśmy w dobrej formie, to przedstawienie było świetne!
A za kim z naszego zespołu artystycznego tęsknisz? Mam na myśli ludzi, z którymi musieliśmy się pożegnać… Kto z nich był Ci szczególnie bliski?
Wiesz, patrząc na przykład na obsadę „Mayday’a”, widzę, jak bardzo zmieniała się ona przez te 20 lat, kiedy graliśmy ten spektakl.
Nie ma już z nami Tadzia Morawskiego, Ewuni Agopsowicz-Kuli… Z każdym z nich wiążą się liczne historie i wspomnienia.
Nie mogę odżałować Sebastiana Banaszczyka. Odszedł tak nagle, tak młodo…
Bardzo brakuje mi Bonia Dymarczyka. Z nim uwielbiałem spędzać czas, przeżyliśmy wiele wspólnych przygód i mamy na koncie wiele długich rozmów. Był naszym inspicjentem, suflerem, a jednocześnie bywał aktorem, artystą kabaretowym, autorem tekstów, twórcą filmów.
Z Bońkiem wiąże się ogrom anegdot. Ludzie go uwielbiali. Pamiętam na przykład taką sytuację.Spotkaliśmy się i Boniu mówi: „Adaś, chodźmy zobaczyć cyrk, bo przyjechał”. Poszliśmy. Podchodzimy do namiotu cyrkowego, a tam wyłania się człowiek i po czesku mówi: „Ahoj Boniek”. To był chyba właściciel tego przybytku, Czech. Do dziś się zastanawiam, czy oni rzeczywiście się znali, czy po prostu był to jakiś wcześniej obmyślony i wyreżyserowany żart. (śmiech)
Z rozrzewnieniem myślę o Andrzejku Iwińskim. Wiele osób wspomina go z czułością. Był uroczy, nawet gdy się wściekał (śmiech).
Często myślę o Piotrze Machalicy, z którym bardzo się lubiliśmy. Dzieliliśmy garderobę, graliśmy razem w spektaklach. Był mi bliski. Pamiętam, jak zadzwonił do mnie pięć lat temu, obchodziłem wówczas jubileusz 30-lecia pracy artystycznej. To był czas pandemii.
Rozmowa była wyjątkowo długa – Piotr był bardzo przygnębiony tym, że nie może grać, że teatry są zamknięte. Tęsknił za sceną, czekał na powrót normalności. Wierzył, że to nastąpi…Rozmawialiśmy też o życiu prywatnym, o codziennych sprawach… Tak, to była jedna z ostatnich naszych rozmów.
A jakie Ty masz wspomnienia z czasu pandemii?
Myślę, że jak większość aktorów, najpierw cieszyłem się, że wreszcie trochę odpocznę. Ale im dłużej to trwało, tym trudniej było to znieść.
Byliśmy w zawieszeniu – nie wiadomo było, kiedy wrócimy na scenę i czy w ogóle będzie to możliwe. Miałem jednak ogromne szczęście, że później, kiedy obostrzenia zostały poluzowane, dyrektor Dorosławski poprosił mnie o zrealizowanie filmowego projektu „Coś Ty uczynił ludziom, Mickiewiczu?”. Zrealizowaliśmy go razem z moim przyjacielem, filmowcem Jędrzejem Niestrojem, jego ekipą filmową oraz aktorami naszego Teatru.
To dodało nam wszystkim wiatru w skrzydła. Zdjęcia miały potrwać trzy dni, a trwały tydzień – dosłownie dzień i noc. Kręciliśmy ujęcia w różnych zakamarkach Teatru, niektórych w ogóle wcześniej nie znałem – byłem zdziwiony, że istnieją. Zdjęcia realizowane były także na dachu, w windzie towarowej, w której zresztą się zaciąłem, w ślusarni, pod sceną…
Nikt nie liczył godzin, nikt nie patrzył na zegarek. To był powrót do dawnych czasów, do absolutnej wspólnoty i radości z tworzenia. Chciałem, żeby w filmie wystąpili także pracownicy Teatru. Niektórych z nami już nie ma… Tym bardziej mnie to wzrusza, że udało się ocalić takie chwile, ludzi…Nie lubię górnolotnych słów, ale myśląc o tym projekcie z całą świadomością powiem, że zrobiliśmy wtedy coś istotnego. To był niesamowity zapis tamtych dni, tamtych chwil, tamtych emocji … Myślę, że takie rzeczy zdarzają się raz w życiu. To się już nie powtórzy.
Dziękuję za rozmowę
-------------------
*obecnie Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu
Fot. Piotr Dłubak