Aktualności

Teatr, to coś więcej niż scena - rozmowa z Sylwią Oksiutą-Warmus

Teatr, to coś więcej niż scena

Sylwia Oksiuta-Warmus w jubileuszowej rozmowie o rolach, które zmieniają życie i projektach, które dają nadzieję. A także o miłości do przedwojennego kina, teatru formy ożywionej i pasjach, które ją napędzają.

Ewa Oleś: Przygotowując się do rozmowy, obejrzałam kilka wywiadów z Tobą i – w co najmniej dwóch – obiecywałaś sobie: „Muszę zwolnić tempo”. Jestem ciekawa, czy Ci się to udało zrealizować.

Zwolnienia tempa nie ma (śmiech). Ale pojawiła się większa asertywność –  i to jest mały sukces, z którego mogę być dumna. Kiedyś byłam kompletnie nieasertywna: szłam tam, gdzie mnie wołali, nie patrząc na to, jakie ponoszę koszty. A lwia część projektów, które realizowałam, miała charakter charytatywny. Ostatnio dostałam dwie intratne i bardzo ciekawe  propozycje zawodowe. Jedną z nich była praca na oddziale neurologicznym w szpitalu. To byłoby w pewnym sensie spełnienie marzeń, bo jestem także logopedką, ale… odmówiłam. Nie rozciągnę doby. Cały czas robię mnóstwo rzeczy, ale widzę, że kiedyś funkcjonowałam zupełnie inaczej – kilkanaście lat temu potrafiłam spać trzy godziny na dobę i nie czułam zmęczenia. A teraz, kiedy jestem niewyspana i  zmęczona, mam wrażenie, że – w sensie dosłownym i przenośnym – nie wiem w którą stronę jadę. (śmiech)                    

Masz ogromny wachlarz zainteresowań oraz kierunków studiów i szkoleń, które ukończyłaś. Skąd potrzeba nieustannego kształcenia się?

Wszystkie te kierunki w jakiś sposób się ze sobą łączą – są do siebie analogiczne. To nie jest fizyka kwantowa. Lubię mieć świadomość, co z czego wynika i co na co wpływa, lubię poszerzać wiedzę. Jestem ambitna; to zaleta, która potrafi być także wadą. Aktorstwo nigdy mi w pełni nie wystarczało – i nie chodzi o to, czy czuję się spełniona w tym zawodzie, czy nie. Aktor z reguły przez całe życie ma poczucie niedosytu. Natomiast, pracując jako logopedka czy arteterapeutka, czuję bardzo namacalnie, że pomagam ludziom.To daje bardziej mierzalne efekty niż aktorstwo. I właśnie to mnie umacnia i daje mi poczucie sensu.                      

Zaintrygował mnie Twój najnowszy wybór – studiujesz obecnie podyplomowo na Uniwersytecie Łódzkim rehabilitację zaburzeń głosu.

To bardzo ciekawy i rozwojowy kierunek na którym studiują lekarze, logopedzi, artyści, czyli ludzie, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę i mieć na to dyplom. W dużym skrócie celem tych studiów jest zdobycie wiedzy z zakresu rehabilitacji zaburzeń głosu oraz praktycznych umiejętności diagnozowania i terapii osób z różnego rodzaju dysfunkcjami głosu. Dzięki temu, że ukończyłam specjalizacje logopedyczne, już na starcie mam większą świadomość tego, o czym mówią wykładowcy. Mam pewną bazę i podbudowę.

O Twoich działaniach społecznych moglibyśmy napisać książkę. Jako aktorka i arteterapeutka współpracowałaś m.in. z hospicjum, Domem Dziecka, ludźmi z chorobami nowotworowymi, a także z osobami w kryzysie bezdomności.

To były różnorodne formy spotkań i kontaktu. Każde z nich było dla mnie  niezwykle ważne i emocjonalne. Z ludźmi, chorującymi onkologicznie oraz z osobami w kryzysie bezdomności zrealizowałam spektakle. Choć może lepiej powiedzieć to inaczej: słuchałam ich opowieści, spędzałam z nimi czas i na podstawie ich doświadczeń stworzyłam coś w rodzaju scenariusza, który następnie przeniosłam na działania sceniczne. Próby były trudne –  po pierwsze ze względu na ogromny ładunek emocjonalny, po drugie dlatego, że uczestnicy nie mieli wcześniej żadnych doświadczeń scenicznych. Dla niektórych wejście na scenę było frapujące, ale dla większości – bardzo trudne, wręcz paraliżujące. Moim zadaniem, było między innymi dodanie im otuchy i wiary w siebie oraz przekonanie ich, że warto się przełamać, bo to doświadczenie może mieć również moc terapeutyczną.                              

Dopytam o osoby zagrożone bezdomnością. Czy wiesz, jak potoczyły się ich dalsze losy?

Domyślam się, że różnie. Wśród tych osób był Tomek. Miał w sobie ogromny hart ducha i wolę walki. Pamiętam, że jako jeden z nielicznych nie odczuwał tremy przed występem. Był pewny siebie – dla niego było to nobilitujące doświadczenie, bo nagle wyszedł z cienia bycia na marginesie społecznym na scenę filharmonii, gdzie był oklaskiwany.

Spotkałam go po latach w Warszawie. I to było zdarzenie metafizyczne. Tego dnia miała się odbyć obrona mojej pracy dyplomowej na Wydziale Dziennikarstwa. Pisałam w niej o „Pasjach mimo wszystko”, w tym –o spektaklu „Wystawieni”, w którym wystąpił Tomek.                  

Spiesząc się na obronę, wsiadłam do taksówki i …za kierownicą był Tomek. Rozmawialiśmy długo. Powiedział, że zorganizował sobie życie na nowo, pracuje i realizuje się zawodowo. Wspominał występ i podkreślał, że to był dla niego bardzo ważny czas i przełomowy moment w życiu.

W 2012 roku zrealizowałaś w częstochowskim Teatrze sztukę „SKAZAna”. To był Twój monodram – dojmująca opowieść o dziewczynce molestowanej seksualnie. Czy impulsem do stworzenia tej sztuki była jakaś konkretna historia?

Tak, to jest historia oparta na faktach. Poznałam tę dziewczynkę w Domu Małego Dziecka w Częstochowie. To był dla mnie bardzo ważny spektakl, choć wiem, że teraz zrealizowałabym go nieco inaczej. Później, kiedy współpracowałam z częstochowskim Hospicjum, podeszła do mnie pewna Pani i powiedziała, że kiedyś była w Teatrze na spektaklu pokazywanym w nietypowej przestrzeni – niby piwnicy. Zorientowałam się, że chodziło o podscenium, gdzie prezentowaliśmy „SKAZAną”. Bardzo dziękowała, mówiąc, że spektakl nią wstrząsnął, bo sama, jako dziecko, była ofiarą przemocy seksualnej. Wyraziła wdzięczność za to, że poruszamy takie trudne tematy, a nie zamiatamy ich pod dywan. Myślę, że warto w teatrze opowiadać trudne historie, bo one na długo zostają w ludziach.                          

Odnoszę wrażenie, że we wszystkim, co robisz, w centrum jest człowiek.
 Dziękuję. Chyba nigdy sama o tym tak nie pomyślałam… Wzruszyłaś mnie.

Czy zdarza się, że po innych spektaklach otrzymujesz podobny feedback od widzów?

Od września gram w Teatrze Współczesnym w Krakowie w spektaklu „Famme fatale”, gdzie główną bohaterką jest aktorka przedwojennego kina – Ina Benita. Historia opowiadająca o tym, jak łatwo kogoś pozornie ocenić, a także poruszająca temat trudnych wyborów, które nie są oczywiste, bo podejmowane były na przykład w obliczu wojny czy choroby. Po spektaklu obcy ludzie często piszą do mnie prywatne wiadomości na Messengerze. Dziękują za spektakl i twierdzą, że ta historia bardzo ich poruszyła i zmieniła sposób patrzenia na pewne sprawy.

Przedwojennym kinem, teatrem i artystami tamtej epoki interesujesz się od dawna. Czy to, że zagrałaś Inę Benitę, to kwestia przypadku?

Uwielbiam stare kino, namiętnie czytam biografie przedwojennych aktorek i aktorów oraz oglądam stare filmy. Z Iną Benitą to nie do końca przypadek – interesowałam się jej życiorysem od dawna. Z biografii „Ina Benita. Za wcześnie na śmierć” Piotra Gacka dowiedziałam się, że miała także związek z naszym miastem. Co więcej, była aktorką częstochowskiego Teatru w sezonie 1933/34 i zagrała w 17. premierach. Zaproponowałam dyrekcji realizację spektaklu w naszym teatrze, ale ostatecznie przedstawienie powstało w Teatrze Współczesnym w Krakowie, z którym też  jestem związana od kilku lat. Sztukę wyreżyserował Jacek Koprowicz, z którym współpracowałam kilkanaście lat temu przy filmie „Mistyfikacja”.                                                                                          

Bardzo się cieszę, że mogę wcielać się w tę skomplikowaną, niejednoznaczną i tajemniczą postać. Spektakl opowiada o przedwojennych, wojennych i powojennych losach aktorki. Znana z urody, lekkości gry i zmysłowego wizerunku, szybko stała się gwiazdą komedii muzycznych i rewii. Podczas wojny związała się z niemieckim oficerem i była podejrzewana o kolaborację. Przez długi czas sądzono, że wraz z dzieckiem zginęła w Powstaniu Warszawskim. Dopiero w latach dwutysięcznych ujawniono, że przeżyła powstanie, mieszkała później w różnych krajach i chciała pozostać anonimowa. Pod koniec życia podobno pracowała jako pokojówka.

To pewnie trudne zadanie, zagrać tak niejednoznaczną postać i balansować w tej opowieści między prawdą a fikcją, unikając przy tym jednoznacznej jej oceny. Jakie wskazówki dawał Wam reżyser?

Mówił, abyśmy grali niuansami, „filmowo”, rysując postaci delikatną kreską. Jacek czuje klimat przedwojennego kina, interesuje się nim od dawna. Jego ojciec był przed wojną operatorem dźwięku i pracował m.in. przy realizacji „Zakazanych piosenek”, pierwszego powojennego filmu fabularnego. Ponadto jedna z rodzinnych historii Jacka Koprowicza dotyczy Iny Benity – i niestety nie jest to krzepiąca opowieść. Mąż chrzestnej Jacka prawdopodobnie został wydany przez Benitę w ręce nazistów i na skutek tego trafił do obozu.

Na premierze spektaklu był jeden z biografów Iny Benity, Marek Teler. Jakie były jego wrażenia po obejrzeniu przedstawienia?

Obawiałam się tego spotkania, bo w takich sytuacjach ekscytacja miesza się z lękiem. Okazało się jednak, że spektakl bardzo mu się spodobał, powiedział też, że działa tu metafizyka, i chyba jestem wcieleniem Iny Benity. Zauważył na mojej dłoni pierścionek, który kupiłam na pchlim targu w Krakowie, i dodał, że wygląda jak pierścionek Iny – jedyna pamiątka po niej, która została ocalona.

Wróćmy do Twoich początków w naszym Teatrze. Przyjechałaś tu ze spektaklem „Ciemno-Głodne” w reżyserii Marka Rębacza. Grałaś jako aktorka gościnna, ale niedługo później ówcześni dyrektorzy – Piotr Machalica i Robert Dorosławski, zaproponowali Ci etat.

Tak, była to koprodukcja częstochowskiego Teatru z Teatrem Lubuskim w Zielonej Górze, gdzie przez rok byłam na etacie. W tym spektaklu grali także Teresa Dzielska, Barek Kopeć i Waldek Cudzik oraz aktorzy z Warszawy: Witold Pyrkosz i Krzysztof Kiersznowski.

Byłam bardzo wdzięczna dyrektorom za propozycję etatu, choć na początku trochę się wahałam. Związałam się już z zespołem w Zielonej Górze, zawarłam tam przyjaźnie i polubiłam miasto. Ostatecznie jednak zadecydowała geografia. Z Częstochowy na rodzinne Podlasie droga jest o kilka godzin krótsza niż z Zielonej Góry. (śmiech)

Na przestrzeni prawie 20 lat stworzyłaś w naszym Teatrze wiele ról. Grałaś w spektaklach dramatycznych, komediowych, a także w bajkach. Czy możesz wymienić kilka, które były dla Ciebie szczególnie ważne?

Na pewno rola w „SKAZAnej”, Dziewczyna w „Patrz, słońce zachodzi” Sybille Berg w reżyserii Bronki Nowickiej, Alice w „Czyż nie dobija się koni” McCoya w reżyserii Magdaleny Piekorz, Ołena w „Dziewiątym Dniu Księżycowym” Hromowej w reżyserii Michała Zdunika oraz Benedikte w „Plaży” Asmussena w reżyserii André Hübnera-Ochodlo.

Masz ogromną vis comicę i zagrałaś w Teatrze wiele ról komediowych. Ale muszę wspomnieć także naszą teatralno-filmową komedię w odcinkach: „Kasa gra”, czyli „Kasi z kasy historie prawdziwe”.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Odcinki z tej serii zrealizowałyśmy razem z Kasią Szeląg, autorką scenariusza, oraz Asią Karkoszką, która odpowiadała za realizację i montaż. Wszystko oparte było na scenariuszu Kasi Szeląg, dla której inspiracją były prawdziwe historie z kasy naszego Teatru. Te filmiki, jak wiesz, realizowało się szybko, zwykle bez powtórzeń lub co najwyżej z jednym, dwoma dublami. W budowaniu postaci zazwyczaj wychodziłam od kostiumu i rekwizytu –narzucało mi to pewną konwencję, na podstawie której tworzyłam postać. W tym projekcie było też dużo improwizacji, musiałam szybko reagować i puentować pewne sytuacje. Zależało mi na tym, aby wszystko było subtelne, a nie przerysowane. Chciałam, żeby Kasia była charakterna, zabawna, trochę z innej planety, ale nie przesadzona i nie głupia.                          

Czy według Ciebie łatwiej widza rozśmieszyć, czy wzruszyć?

Żeby rozśmieszyć, aktor nie musi sięgać do ciemnych pokładów emocji, ani szukać w sobie trudnych przeżyć. Grając rolę dramatyczną, można – a nawet trzeba – wejść głęboko w świat wewnętrzny postaci i odciąć się od tego, co dzieje się po drugiej stronie sceny. W komedii kluczowe jest duże wyczucie wobec widza, jego reakcji, a czasem wręcz dialog z nim.

 Im jestem starsza, tym bardziej doceniam role komediowe. Trzeba mieć pewne umiejętności i cechy wrodzone, aby dobrze się w niej czuć.

Cofnijmy się trochę w czasie. Urodziłaś się w Białymstoku, dorastałaś w malowniczej Strabli na Podlasiu. W Białymstoku ukończyłaś liceum i już wtedy zaczęłaś mocno interesować się teatrem.

Tak, zapisałam się do amatorskiego Teatru Klaps, prowadzonego przez śp. Panią Antoninę Sokołowską. Spod jej skrzydeł, przez prawie pół wieku, wyszło mnóstwo wspaniałych aktorów, m.in. Katarzyna Herman i Adam Woronowicz. Była świetnym pedagogiem. Realizowaliśmy mnóstwo projektów i spektakli, a ona dostrzegła we mnie potencjał i dodała mi wiary w siebie.

Wybór studiów był zatem tylko formalnością?

W Białymstoku istnieją wspaniałe tradycje związane z teatrem formy nieożywionej. Odbywają się tam liczne festiwale, na które zapraszani są artyści z całego świata, m.in. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek dla Dorosłych, „Metamorfozy lalek”, Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich „Lalkanielalka”.

Przesiąknęłam tym klimatem, więc wybór był prosty, choć rozważałam też inne humanistyczne kierunki, m.in. polonistykę. Bardzo chciałam dostać się na Wydział Lalkarski Akademii Teatralnej w Białymstoku – i udało mi się to za pierwszym podejściem. Myśląc o szkole teatralnej, miałam na uwadze tylko i wyłącznie tę uczelnie i ten konkretny kierunek. Po pierwsze – Białystok był blisko mojego domu rodzinnego, po drugie – byłam zafascynowana teatrem formy nieożywionej, po trzecie – chyba nie miałam wtedy śmiałości, żeby zdawać na Dramat. Może nie wierzyłam jeszcze w pełni we własne siły, może chciałam się trochę schować „za lalką”?

Oprócz przedmiotów klasycznych, które mają wszyscy studenci szkół teatralnych, miałaś też zajęcia ściśle powiązane ze specjalizacją i rzemiosłem?

Tak, na przykład mieliśmy przedmiot „Budowa lalek”, gdzie tworzyliśmy je samodzielnie na zajęciach. Była też „Historia lalek” i wiele innych przedmiotów uczących fachu. To odrębny nurt, specjalizacja. Te studia były bardzo twórcze, rozwijające, a przy tym uczące pokory, bo aktor lalkowy ma trochę ego bardziej schowane niż aktor dramatyczny (śmiech). Oczywiście, schowane za lalką… (śmiech)

Podobno aktorze-lalkarze mogli do 1999 roku, ze względu na specyfikę zawodu, przechodzić na wcześniejszą emeryturę?

Tak, wiązało się to z tym, że aktor lalkowy narażony jest na liczne kontuzje: kręgosłupa, kolan. To zawód mocno oparty na fizyczności i ciele. Nie raz i nie dwa trzeba animować kukły ważące nawet 25 kilogramów. Oczywiście pomaga  w tym technika, którą stopniowo się doskonali, ale początki są trudne i wymagają dobrej koordynacji ruchów i kondycji fizycznej.

Żałujesz, że teraz nie masz do czynienia z tego rodzaju teatrem?

Może trochę mi tego brakuje? Ale… kolekcjonuję lalki – mam ich ponad pięćdziesiąt. Prowadzę też warsztaty w teatrze i poza nim, pracując z formą nieożywioną. Wciąż mam kontakt z tą materią.

Które lalki lubiłaś najbardziej, a które mniej?

Nie przepadałam za kukłami, za to uwielbiałam jawajki. Są bardzo poetyckie i dają ogromne możliwości ożywienia. Dla większości osób najtrudniejsze do opanowania są marionetki, które mają nitki lub druty przyporządkowane nie tylko do konkretnych palców, ale nawet do stawów. Opanowanie tego mechanizmu jest bardzo wymagające. Trzeba skoordynować ruchy tak, aby lalka naprawdę „ożyła”. To jest rzemiosło, które szlifuje się przez całe życie zawodowe. Chodzi też o coś więcej, niż samą technikę – o włożenie w nią duszy. Lalka powinna stać się organicznym przedłużeniem ciebie, twojej wewnętrznej energii.                                                                                                         

Czy szkoła dała Ci rodzaj innej wrażliwości w patrzeniu na przedmiot, materię nieożywioną?

Myślę, że tak. Patrzę na materię nieożywioną wieloużytkowo. Zwykła kartka  papieru może stać się nagle ptakiem, latawcem. Możemy nadać jej zupełnie inną formę, ożywić ją.

Podczas studiów, na pierwszym roku, robiliśmy etiudy z jednej rodziny przedmiotów np. z pościeli, zastawy stołowej, krosna. Kolega zrobił przedmioty z bułki i nazwał instalację „Wielka chała” (śmiech)

Jakie zajęcia na uczelni lubiłaś, a za którymi nie przepadałaś?

Lubiłam wszystkie, które dawały dowolność wypowiedzi i swobodę twórczą. Kiedyś wymyśliłyśmy z koleżanką, że zrobimy „Teatr Ognia i Papieru”. Gdy zaczęłyśmy wycinać formy z papieru i je podpalać, o mało nie spaliłyśmy szkoły (śmiech). Bardzo lubiłam wolność i możliwość tworzenia czegoś nowego, czegoś z …niczego. Szczególnie podobała mi się „Budowa lalek”, bo mogliśmy wtedy stworzyć coś własnego od podstaw. Stawiałam na kreatywność, a nie odtwórczość, czy chodzenie pod czyjeś dyktando. Do dzisiaj mam z tym czasem problem Lubię łamać ramki! (śmiech)               

Dzisiaj, 22 listopada, będziesz świętować 20-lecie pracy artystycznej, grając rolę Hanny w spektaklu „Cudowne”.

Tak, to historia opowiadająca o niechlubnych wydarzeniach, które wstrząsnęły Polską, a nawet światem  ponad sto lat temu. Obiektem niesławy był paulin, Damazy Macoch. W spektaklu wcielam się w jego…kochankę. I pomimo, że w sensie dosłownym i przenośnym, gram z ramą w tle, to i tak nie dam się w nią włożyć. (śmiech)         

Życzę Ci wielu artystycznych wyskoków poza ramy, wiele fascynujących ról oraz inspirujących projektów.

Dziękuję.