Casting » Tekst do przygotowania na casting
Prosimy o przygotowanie na casting jednego z trzech monologów podanych poniżej:
MEDEA (1)
Czekają młodych małżonków złe chwile
i teściów także nielekkie przeprawy.
Myślisz, że byłabym mu pochlebiała,
nie pragnąc zysku, nie kryjąc podstępu?
Nic bym nie rzekła, ręką go nie tknęła!
A on choć mógł me plany udaremnić,
pędząc mnie z kraju, jeden dzień pozwolił
jeszcze tu zostać, w którym troje trupem
położę: ojca, córkę, mego męża.
Różne przed sobą mam mordercze drogi —
której spróbuję najpierw, nie wiem jeszcze:
ogień podłożę pod ten dom weselny
czy ostrym mieczem przebiję wątrobę,
w milczeniu wszedłszy do ślubnej komnaty.
Najlepsza szybka droga -- tu mistrzynią
jestem: pozbawić ich życia trucizną!
No dobrze! Już po nich.
Lecz jakie miasto mnie osłoni?
Jaki gospodarz przyjmie w dom bezpieczny,
we własnym kraju zechce mnie obronić?
Takich nie znajdę. Zaczekam na razie –
Lecz gdy się zręczna sposobność nadarzy,
sama miecz wezmę i choć przyjdzie umrzeć,
to ich zabiję, ważąc się na wszystko.
Nikt z nich radością nie skrwawi mi serca!
Gorzkie, żałobne sprawię im wesele,
gorzki ich związek i moje wygnanie!
Do dzieła! Nie szczędź niczego, co umiesz,
Na czyn się porwij, czyn strasznej odwagi!
Widzisz, jak cierpisz. Niech nikt z ciebie nie drwi
na godach domu śmiecia z drugim śmieciem…
MEDEA (2)
Jest już nadzieja kary na mych wrogów!
Wyślę jednego ze sług do Jazona,
poproszę, żeby zobaczył się ze mną.
Gdy przyjdzie, przyjmę go uprzejmym słowem:
że mnie się także tak zdaje, że racja,
że ślub z królewną, który — zdrajca — zawarł,
mnie opuściwszy, jest w porę i mądry.
Poproszę, żeby chłopcy tu zostali
— nie, by porzucić ich w tej wrogiej ziemi
gdzie wszyscy mogą znieważyć me dzieci,
lecz by podstępem móc zabić królewnę.
Poślę ich — w rękach będą niosły dary
dla niej, ażeby nie iść na wygnanie:
jedwabną suknię i diadem ze złota.
Gdy strój ten weźmie i na ciało włoży,
zginie — i ona, i ten, kto jej dotknie;
taką trucizną dary te nasycę.
Płaczę nad czynem, który muszę spełnić
bo przez to dzieci pozabijam własne,
lecz muszę zniszczyć cały dom Jazona,
i nie dam śmiać się ze mnie wrogom, nigdy!
Wtedy zbłądziłam, kiedy porzuciłam
siedzibę ojców, słowom tego Greka
uległam, który — da bóg! — winę spłaci.
Bo dzieci, które miał ze mną, nie ujrzy
nigdy już żywych, a i z nowej żony
dzieci nie będzie, bo ta podła podle
będzie musiała zginąć od mych trucizn.
Niech nikt nie sądzi, żem miękka lub słaba,
albo bezczynna, nie! — całkiem przeciwnie:
twarda dla wrogów, szczera dla przyjaciół,
a tylko tacy zdobywają sławę!
„Jazonie, proszę, wybacz słowa moje,
tamte — wybuchy gniewu mego trzeba
znieść, taka niegdyś miłość nas łączyła.
A ja już sama wszystko przemyślałam,
łając się w duchu: „Głupia, czy szaleję
i wrogiem jestem dla tych, co życzliwi —
nieprzyjaciółką władców tej krainy
i męża. Czyni, co dla nas najlepsze,
biorąc królewnę, i dla moich synów
spłodzi z nią braci. Czy się nie wyrzeknę
gniewu? Cóż cierpię, gdy bóstwa łaskawe?
Czyż nie mam dzieci? Czyż ja nie wiem, żeśmy
wygnańcy i że nie mamy przyjaciół?".
To rozważyłam i ujrzałam bezsens
mych postanowień i zbytniego gniewu.
Teraz oceniam twą mądrość, żeś wybrał
tę korzyść dla nas, a ja byłam głupia.
Powinnam była dzielić twe zamiary,
pomóc je spełnić, popierać twój związek,
cieszyć się tobą, dbać o pannę młodą!
Więc ustępuję i stwierdzam, że wtedy
nie miałam racji, teraz się poprawię.”
MEDEA (3)
Do Chłopców
O moje dzieci, wy macie i miasto,
i dom, gdzie mnie w nieszczęściu porzuciwszy,
mieszkać będziecie zawsze, lecz bez matki.
Ja w inne kraje wyruszam, wygnana.
Nim was wychowam, ujrzę wasze szczęście,
nim was wyswatam, nim małżeńskie łoże
przystroję, zanim zapalę pochodnie —
och, ja nieszczęsna, na cóż się ważyłam!
Więc na cóż ja was, dzieci, wychowałam,
na cóż trudziłam się, na co cierpiałam,
znosiłam ostre bóle w dzień porodu?
Przecież ja, biedna, kładłam w was nadzieje,
że mię w starości kiedyś wyżywicie,
a kiedy umrę, pięknie pochowacie —
bo tego pragną ludzie. Dziś przepadła
słodka nadzieja. Oderwana od was,
smutny wieść będę żywot i bolesny.
A wy ku matce nigdy nie zwrócicie
kochanych oczu, w inne życie idąc.
O Boże! Czemu tak patrzycie, dzieci?
Co to za uśmiech, to ostatni uśmiech?
Och! Co mam czynić? Serce mi ucieka,
ludzie! – przed ich niewinnym spojrzeniem.
Chyba nie zdołam... Porzucę me plany
Czy żeby w smutku pogrążyć ich ojca,
sama mam w dwakroć gorszy popaść smutek?
Lecz co ja myślę? Na śmiech się narazić
chcę, gdy bez kary zostawię mych wrogów?
Trzeba odwagi! Prawie już stchórzyłam,
dając do serca dostęp rozczuleniu.
Nie, tak nie będzie, ażebym zboczeńcom
oddała dzieci na pastwę zniewagi.
I tak im umrzeć sądzono — gdy trzeba,
niech je zabiję ja, co je zrodziłam.