Muzyczna podróż po Polsce dla przedszkolaków – recenzja z „Pyzy”

Hanna Januszewska wydała po raz pierwszy swą bajeczkę o Pyzie w roku 1938. Mała Pyza – gdyby ktoś nie wiedział, to taka nadziewana klucha ulepiona przez mazowszankę spod Łowicza  – zamiast wskoczyć, jak przystało na kluchę, do garnka – postanawia wyruszyć w wielki świat. Wybrała się więc w podróż po Polsce. W oryginale znacznie dłuższą i pierwotnie nieco inną niż w wydaniach powojennych, z przyczyn –  zdaje się – oczywistych.  Gdzie zabiera nas, a przede wszystkim dzieci, reżyser i autor adaptacji scenicznej Arkadiusz Klucznik?

Po pierwsze do Żelazowej Woli, gdzie Pyza wysłucha koncertu Chopina, potem do bliskiej już Warszawy, potem na kurpiowską wieś, do Puszczy Białowieskiej, do Torunia, znad nadnoteckich rozlewisk poleci z gęsiami na Śląsk, później w góry na Podhale, do Krakowa, wreszcie do Kazimierza Dolnego, by na koniec wrócić do domu. Po drodze dziarska i rezolutna wędrowniczka pozna wielu przyjaciół i spotka ją wiele przygód, jak to napisano w programie. W rzeczywistości w każdym z wymienionych miejsc odśpiewa i odtańczy wraz z zespołem stosowne do miejsca tańce, które nader udanie dobrał Marcin Partyka, a Urszula Pietrzak zgrabnie układy choreograficzne ułożyła. Tyle o treści przedstawienia, które wyszło kolorowo i dla ucha mile. Na koniec odniosłem wrażenie, jakby tego było za mało (spektakl trwa ledwie godzinę) i opuszczałem salę z uczuciem pewnego niedosytu, co autorzy powinni poczytać sobie za komplement. Zwłaszcza, że spora część widowni miała podobne minki. Spostrzegłem atoli co najmniej jeden przypadek, że mały widz przysnął. Wyciągam z tego wniosek, że przesadzono nieco z określeniem wieku adresatów widowiska.  Może się mylę, co mogę tłumaczyć jedynie metryką i zupełnym brakiem rozeznania w sprawach przedszkolaków. To zresztą jest podstawową trudnością, gdy ma się oceniać przedstawienie adresowane do takich maluchów.

Samo wykonanie wypada – jak zwykle – dobrze. To już tradycja. Zespół jest zgrany, trafnie dobrany i bez trudu poradził sobie z – mimo wszystko – dość trudnym zadaniem. Jeśli już muszę napisać coś krytycznego, to czasami słowo do słuchacza z trudem docierało, być może z winy urządzeń technicznych (mikrofonów), zwłaszcza przy fragmentach, gdy cały zespół śpiewał. Ale nic to. I tak rodzice będą mieli o czym z pociechami rozmawiać, bo przecież nie wszyscy w tym wieku wiedzą kim był Chopin, dlaczego w Toruniu pojawia się piekarz pierników, w Kazimierzu malarze, w Krakowie tęgie kwiaciarki. Chyba o to chodziło?

Na koniec dwa słowa o scenografii. Bardzo dobra. Skromnie, czasem umownie, czasem dosłownie, ogólnie w sam raz. Z całą powagą namawiam rodziców, zaprowadźcie dzieci do teatru. Warto.

toko