Aktualności

Jubileuszowa rozmowa z Michałem Kulą

Jubileuszowa rozmowa z Michałem Kulą

Marzy mi się zagranie Dzwonnika z Notre Dame…

----------

O blaskach i cieniach bycia aktorem, o spotkaniach, które zmieniają życie, o ukochanych rolach i scenicznych wpadkach – z Michałem Kulą rozmawia Ewa Oleś

Czy okrągły jubileusz to jest czas podsumowań: co już się zdarzyło, co jeszcze może się wydarzyć?

Ja do tego tak nie podchodzę. Cholernie szybko czas minął, cieszę się z tego powodu.

Cieszysz się z upływu czasu?

 Nie z upływu czasu, tylko z doświadczeń, które nabyłem podczas  pracy i z tego co jeszcze przede mną. Przecież  to ty nazwałaś mnie kiedyś „Ludwikiem  Solskim” naszego Teatru, no to mam zamiar jeszcze przepracować co najmniej drugie czterdzieści lat na scenie. Solski grał niemal do swoich setnych urodzin.

I tego ci życzę młody człowieku! Rzeczywiście, tak Cię nazwałam, ponieważ  znakomicie go parodiujesz, a oprócz tego jesteś aktorem, który w bufecie teatralnym, miejscu dość strategicznym, opowiada z niezwykłą swadą anegdoty teatralne o dosyć zamierzchłych czasach.

Wydaję mi się, że jesteś troszkę złośliwa…

Zostawmy to! Mówiłeś mi ostatnio, że im jesteś starszy, tym szybciej uczysz się tekstu. Czyli wiek nie przeszkadza w pracy?  (śmiech)

Z pamięcią mam coraz lepiej. Zastanawiam się, czy nie jest to wynik jakiejś tajemniczej "choroby". Jak byłem  młodym aktorem to nie szło mi z tym najlepiej. Obecnie nie lubię prób, często bywa, że wystarczy mi nakreślić postać i wiem o co chodzi i nauka tekstu przychodzi automatycznie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że próby są po to, żeby wyszlifować rolę i … to jest bezdyskusyjne. Ale chodzić z egzemplarzem podczas prób i uczyć się swojej roli na bieżąco, to dla mnie po prostu nuda i strata czasu. Jak szybko nauczę się tekstu i zrozumiem swoją postać, to wtedy mam frajdę z pracy na próbach.

Tekstu uczysz się w różnych okolicznościach, głównie poza teatrem, wprowadzając często w zakłopotanie panią w sklepie, kierowcę autobusu, sąsiadów z domu obok ...

Tak, mam też coś takiego, że nauka roli kojarzy mi się z konkretnymi miejscami. „Miłości i polityki” uczyłem się siedząc na skrzyni w moim ogrodzie, „Ostrej jazdy” przy basenie (o mój Boże!), a „Historii łóżkowych” na werandzie. Ogromnej partii tekstu do „Męża mojej żony” nauczyłem się w osiem godzin siedząc w swojej  garderobie. A jeżeli chodzi o wprowadzanie ludzi w małą konsternację, to nieraz idę do mojego ulubionego sklepu i mówię do pani sprzedawczyni np. tekstem ze „Sprzedawców gumek”: „Nazywam się Szmuel Sprol. Od razu przejdę do sedna sprawy. Mój błogosławionej pamięci ojciec, który zmarł tydzień temu, był bogobojnym człowiekiem (…)  i w swoim życiu kupował gumki, dużo gumek”.

W marcu odbędzie się premiera „Żartów z życia” na podstawie jednoaktówek Antoniego Czechowa. Intensywnie uczysz się tekstu w … bufecie teatralnym.

Tak, i z tego też wynika wiele zabawnych sytuacji. Ostatnio „na papierosie” spotkałem się z Elą z kadr i powiedziałem do niej tekstem: „Jeśli stąd kitimoro natychmiast nie wyjdziesz to cię poszatkuję. Wynocha stąd!” A ona: „Ale co ty do mnie masz, Misiu?”.

Prześledziłam twoją biografię i widzę, że nie grałeś do tej pory w sztukach Czechowa.

Nie, nie grałem. Natomiast wielokrotnie byłem na spektaklach opartych na jego dziełach, lubię go czytać, jest mi bliski, tak jak i Gogol. Lubię literaturę rosyjską, uwielbiam rosyjskie romanse – na przykład Okudżawę.

Opowiedz kogo grasz w „Żartach z życia” Czechowa?

 Na spektakl składają się trzy jednoaktówki i jeden monolog. Ja gram w dwóch, a Pan Andrzej Bubień ponadto zaproponował mi monolog „O szkodliwości palenia”. W „Niedźwiedziu” wcielam się w  Łukę - służącego, a w „Jubileuszu” w Chiryna – buchaltera. Próby są w toku… Zmaganie się z tą materią nie należy do najłatwiejszych. Ale jest to ciekawa praca. Andrzej Bubień  jest absolwentem Akademii Sztuki Teatralnej w Sankt Petersburgu. Praca z nim jest frapująca. A z kolei Antoni Czechow miał niezwykłą przenikliwość w patrzeniu na człowieka. I dlatego te teksty mnie dotykają, pomimo, że są to przecież żarty sceniczne.

Ponownie wcielasz się w role charakterystyczne.

 Już dawno przeszedłem okres ról amanckich. Zazwyczaj gra się je do 30 roku życia. I dobrze, bo są  trochę papierowe, a role charakterystyczne dają dużo możliwości interpretacyjnych. Moim marzeniem jest zagrać Ryszarda III i Dzwonnika z Notre Dame. No i może jeszcze Makbeta. Ale w sumie każda rola może być interesująca. Kiedy podczas wywiadu ktoś mnie pyta o jakiej roli marzę, to odpowiadam: „O każdej”. Nieważne ile ma się tekstu, można mieć jedno zdanie, albo w ogóle nic nie mówić, a stworzyć świetną rolę czy nawet kreację.

Blaski tego zawodu, my widzowie, dostrzegamy gołym okiem. A jakie są cienie?

Często jest tak, że nie masz czasu na życie prywatne, bo teatr jest zaborczy.

Widziałam wielokrotnie, że graliście chorzy, przeziębieni, ze skręconą nogą, z wenflonem wbitym w skórę. A także… pomimo różnych, często tragicznych, sytuacji życiowych.

To prawda. Trzeba szybko pozbierać się psychicznie, choćby na godzinę, dwie… Zostawić pewne rzeczy przed wejściem na scenę. Pomijając sytuacje tragiczne, bo wtedy przecież jest możliwość odwołania spektaklu.  Zdarzyło się kiedyś, że Hrabiego w „Panu Tadeuszu” grałem podpierając się  laską, bo byłem po operacji kolana. Z gorączką i zapaleniem krtani  grałem „Mayday’a”. Przed jednym  ze spektakli „Antygony” w reż. Tadeusza Kijańskiego, straciłem głos. Pamiętam, że jakieś wlewki z mentolu i oliwy stosowałem wg przepisu mojej profesorki Romy Krepsówny. Każdy aktor, w takich sytuacjach, ma opracowane metody szybkiego reagowania. Jak jesteś na scenie, to zawsze jest adrenalina, nic nie czujesz. Ale wchodzisz za kulisy i jesteś dętka.

Żeby uprawiać ten zawód trzeba mieć dużą odporność psychiczną?

Niewątpliwie jest to zawód, wymagający silnej psychiki, bo bardzo łatwo można się załamać. Miałem paru kolegów, którzy na skutek niepowodzeń zawodowych popadli w ciężką depresję. Mnie w wielu patowych sytuacjach pomogła wiara. Wiara w Boga.

Tuż po skończeniu PWST dostałeś dwie bardzo ciekawe  propozycje zawodowe: jedną od Tadeusza Łomnickiego, rektora Akademii Teatralnej  i ówczesnego dyrektora Teatru Na Woli w Warszawie, drugą od Izabeli Cywińskiej dyrektorki Teatru Nowego w Poznaniu. Mając 24 lata stanąłeś przed dość poważnym wyborem.

Jak kończyliśmy studia, większość kolegów już miała jakieś angaże, opanowali Teatr Nowy w Warszawie, którego dyrektorem był Mariusz Dmochowski, jedna osoba dostała się do Teatru Powszechnego, reszta się gdzieś rozproszyła. Ja byłem bez angażu. Pod koniec studiów pojechaliśmy ze spektaklem na Festiwal Szkół Teatralnych. Graliśmy sztukę Szekspira. Marzyłem, aby być w Teatrze u Kantora w Krakowie lub u Izabeli Cywińskiej w Poznaniu. Pomyślałem, że zaproszę Pani Izabelę na ten spektakl, może dzięki temu pojawi się szansa na to, aby mnie przyjęła. I udało mi się. Przyjechała, obejrzała spektakl i mówi „Dobrze, biorę pana!”. Dosłownie kilka minut później podszedł do mnie Tadeusz Łomnicki i zaproponował mi angaż w swoim Teatrze. Ja mu wtedy powiedziałem: „Panie rektorze, ja w zasadzie już jestem po słowie z panią Cywińską. A on na to: „To w sumie bardzo dobrze, bo ci wszyscy twoi koledzy, którzy zostaną w Warszawie, to pewnie i tak nie będą grać”.

Bywało tak, że kilka razy pożałowałem tej decyzji. Ale nie jest powiedziane, że tam byłobym szczęśliwy. Miałem na roku cholernie zdolnych kolegów, którzy byli u Łomnickiego i nie grali za dużo.

Często powtarzasz, że Tadeusz Łomnicki jest twoim mistrzem. Czego Cię nauczył?

On mnie w pewnym sensie naznaczył. Ja go całe życie obserwowałem i obserwuję do dzisiaj, pomimo, że go nie ma. W Szkole Teatralnej był po prostu jednym z moich profesorów, a ja jednym z wielu jego uczniów.  Miałem z nim zajęcia z etiud, później zrobił z naszą grupą przedstawienie szkolne. I tyle… Natomiast chodziłem na wszystkie jego spektakle i obserwowałem go na scenie. Nie ma nic lepszego, jak obserwacja życia i starszych aktorów, nie ma lepszego teatru niż życie.

Ty bardzo dobrze śpiewasz. Byłeś nawet przez rok w Teatrze Muzycznym we Wrocławiu. Muzykalność odziedziczyłeś po rodzicach?

Pewnie tak… Przyjacielem mojego taty był Jan Kiepura, mieszkali w jednym domu jak Paweł i Gaweł, jeden na górze drugi na dole, ich ojcowie też byli zaprzyjaźnieni, bo jeden był piekarzem, drugi - kowalem, znali się z cechu. Tata i Kiepura chodzili na lekcje śpiewu do tej samej profesorki, do pani Torbus, wybitnej śpiewaczki Opery Bytomskiej. Ojciec Kiepury dał swojemu synowi to przysłowiowe 100 dolarów i posłał w świat. Mojego taty nie było na to stać. Ale jemu też jakoś los sprzyjał,  miał pewne uzdolnienia wokalno – aktorskie i trafił do Teatru Wyspiańskiego w Katowicach. Był tam 10 lat, grał, ale też śpiewał, miał piękny głos, śpiewał barytonem.

Był aktorem przez te 10 lat?

Tak, ale pamiętaj, że to były zupełnie inne czasy. Po amatorsku pewne rzeczy się robiło. Tata miał nawet plany dotyczące Szkoły Teatralnej. Ale poznał moją mamę, bardzo się w sobie zakochali. Mama twierdziła, że aktor to nie jest najlepszy zawód dla faceta i postawiła go przed wyborem: „Albo ja, albo teatr”. Tata w końcu poszedł na Akademię Ekonomiczną. Mama pięknie śpiewała sopranem, natomiast wybrała medycynę, została lekarzem.

W częstochowskim Teatrze rzadko można zobaczyć Cię w muzycznych przedstawieniach. Choć pamiętam, że kilka lat temu dyrektor proponował Ci rolę w „Takich dużych chłopcach” z piosenkami Jana Wołka.

W kilku spektaklach muzycznych brałem udział. „Krakowiacy i górale”, „Operze za trzy grosze. Jeżeli chodzi o  „Takich dużych chłopców” to z kolei zrezygnowałem z roli, ponieważ wygrałem wówczas dwa castingi do głównych ról, nakręciłem dwa odcinki, filmy spadły, a ja przedstawienie straciłem. Żałuję do dziś.

Nie kusiło cię nigdy, żeby zrobić recital?

Kusiło i kusi nadal...Tylko muszę mieć materiał, żeby się za to zabrać i przygotować psychicznie.

Stresuje Cię śpiewanie?

Jak mam wykonać dwie piosenki, tak jak niedawno na jubileuszu Piotrka Machalicy, to nie, ale w większej formie pewnie nerwy byłyby ogromne. Opowiem ci dwie anegdoty dotyczące moich przygód z estradą i mikrofonem. Jak byłem młodym aktorem opolskiego Teatru to oddelegowano mnie do czytania telegramów gratulacyjnych na scenie, bo jubileusz 50- lecia obchodził jeden z aktorów. I tam było mnóstwo takich komunistycznych skrótów typu:  „pzpr, ny wu zet…” Ja na tej scenie wszystko pomyliłem, choć wcześniej się zapoznawałem z pełnymi nazwami… Ale trudno wchodziło mi to do głowy, skrótów nie znoszę do dziś. Oczywiście, po „występie” dostałem potężną burę od dyrektora teatru. Nadziwić się nie mógł, że można tak skandalicznie pomylić tak ważne skróty (śmiech).

Druga historia jest bardziej z dreszczykiem. Byłem już wtedy aktorem Teatru Nowego w Poznaniu zarządzanego przez Izę Cywińską. Była tam taka akcja „Poznajmy się”, polegająca na tym, że przy okazji występów gwiazd, na scenie mógł się zaprezentować też młody aktor. I kiedyś moja koleżanka mówi: „Słuchaj, imprezę ci załatwiłam, powiesz wiersz, będzie występował pan Mieczysław Fogg...”.  No i jest taka sytuacja: widownia pełna, prezydent, wojewoda cała elita, śmietanka Poznania ….i ja…czyli aktor od Izabeli Cywińskiej. Na scenie Mieczysław Fogg śpiewa „Jesienne róże” (* tutaj Michał śpiewa kilka strof piosenki i brzmi jak Mieczysław Fogg z gramofonu). Miałem przygotowany wiersz składający się z  pięciu strof. Pan Mieczysław skończył, owacje, kwiaty, dziesięć razy się kłaniał itd. Więc wziąłem głęboki oddech i wychodzę …Mówię pierwszą zwrotkę (a obkuty byłem na trzy fajerki!) i nagle biała plama. Nie pamiętam nic. Przypomniało mi się tylko, że ten tekst kończył się słowem „zaszumiało”. Więc ratując się powiedziałem: „Zaszumiało, zaszumiało, zaszumiało...”- najbardziej poetycko jak umiałem, przeciągając ostatnie sylaby. Ukłoniłem się i uciekłem za kulisy.

Roman Kordziński, ówczesny dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu i zarazem reżyser przedsięwzięcia, dostał szału, krzyczał do mnie: „Won!” – „Ja do Izy zadzwonię, kogo ona przyjęła, papiery zabrać!” .  Ale  jakoś się wybroniłem, Cywińska machnęła ręką. Ta przygoda była traumatyczna. Właściwie, kontaktu z mikrofonem, nauczyła mnie dopiero praca w Radiu Opole.

Zaśpiewałeś przed chwilą jak Fogg, masz zdolności parodystyczne, ale też dźwiękonaśladowcze. Wykorzystujesz zawodowo te umiejętności?

Po albańsku do was też mówię od czasu do czasu (śmiech) A tak na poważnie, pamiętam jak nagrywaliśmy z Waldkiem Cudzikiem kilka lat temu w Radio Jasna Góra „Potop”. Waldek czytał narratora, a ja pozostałe postaci (także kobiece). Jak wchodziłem do studia to realizator mówił do mnie: „Witam państwa”. A później nagrywaliśmy „Chłopów” i tam czytając kwestię Macieja Boryny mówiłem jak Władysław Hańcza. Kiedyś podszedł do mnie na ulicy jeden starszy pan, mówi, że słucha „Chłopów” w Radio Jasna Góra i chciałby się zapytać, czy ten pan Hańcza to żyje, bo wydawało mu się, że już dawno nie, ale teraz to już w sumie nie wie… To był dla mnie duży komplement!  Kiedyś jeszcze dobrze szło mi naśladowanie Waldorffa, Łapickiego, Łomnickiego. Ale nie ćwiczę, więc umiejętności zanikają.

Powiedziałeś kiedyś, że trudno byłoby Ci  wybrać ze swojego dossier najważniejsze role i wymienić najważniejsze spotkania na linii reżyser-aktor. Ale może teraz coś Ci się zmieniło i wymienisz kilka z nich?

Trudno cały czas, bo ja zazwyczaj wszystkie role lubię i niechętnie się z nimi rozstaje. Uwielbiałem  „Nowonarodzonego”,” Weismana i Czerwoną Twarz”, „Mieszczanina szlachcicem”, „Czekając na Godota”, „Lekcję”. Teraz kocham Szmuela Sprola ze „Sprzedawców gumek”, Grabarza w „Hamlecie”.

Zagrałeś w kilku Teatrach Telewizji, serialach, a będąc bardzo młodym człowiekiem dane było Ci się spotkać z dwoma mistrzami kina: Andrzejem Wajdą i Januszem Morgensternem. Natomiast tak naprawdę to spotkanie z Patrykiem Vegą było dla Ciebie prawdziwym filmowym debiutem.

To prawda. Pamiętam, że zadzwonili do mnie z Agencji, że będzie casting i mam przyjechać. Patryk był wtedy bardzo  młody. Wyglądał jak Cygan. A ja lubię, jak wiesz, cygańskie piosenki, to mi się ten Patryk zaraz spodobał. Podczas castingu reżyser nie wręczył mi żadnego tekstu. Miałem tylko powiedzieć pewnemu gościowi, żeby usiadł. Wpadłem na pomysł, że zrobię to w bardzo prosty sposób. "Weź se k... usiądź" – powiedziałem. I on dostał ataku śmiechu i mówi: „ No! masz tę rolę!”. I tak się zaczęło, zrobiliśmy fabułę, potem 3 części „Pitbulla”. Lubimy się. A ja lubię mojego  Barszczyka.

A co Ty dałeś Barszczykowi z siebie?

Gapowatość? Powierzchowność? Nie wiem w sumie. To jest taka gapa, która daje się robić często w "bambuko”.  Ale to nie jest postać jednoznaczna. On jest nieraz straszną mendą!

Podczas kręcenia filmu to  zawsze pytam się reżysera jaki ma być mój bohater. Jak  mi go nakreśli, to ja sobie potem układam wszystko w głowie i próbuję. Film rządzi się innymi prawami niż teatr. W filmie jest wiele dubli, można powtarzać w nieskończoność, w teatrze rolę buduje się psychologicznie, stopniowo, dojrzewa się do niej. A tak na marginesie, zapraszam na premierę nowego „Pitbulla”, tym razem  w reż. Władysława Pasikowskiego. W kinach już od 13 marca!

Wróćmy do naszego Teatru. 20 lat grasz Stanleya Gardnera w „Mayday’u”. Opowiedz o początkach, o realizacji, próbach, spotkaniu z Wojciechem Pokorą.

Pan Wojtek, który był zresztą moim profesorem w Akademii Teatralnej, dał nam tekst, powiedział co i jak mamy grać i pojechał do Warszawy. I myśmy w miesiąc musieli się tych tekstów nauczyć. A oprócz tego, jak to w farsach bywa, trzeba było opanować  naciskanie guziczków (telefon, dzwonek), trzaskanie drzwiami. Oprócz nauczenia się tekstu musisz jeszcze wiedzieć którędy wchodzisz, gdzie wychodzisz, z kim dialogujesz, co po czym następuje. Farsa rządzi się swoimi prawami. Jest misternie utkana.

Od wielu osób słyszałam, że pan Wojciech Pokora, to człowiek arcypoważny.

Nie, on ma bardzo duże poczucie humoru, choć to „człowiek maska”. Po nim nie widać, kiedy się śmieje. Opowiadał nam rzeczy arcyśmieszne w sposób arcypoważny.

Publiczność uwielbia „Mayday’a". Niektórzy widzowie byli na sztuce kilkanaście razy. Co w niej zmieniło się przez te dwadzieścia lat.

My! Jak zaczynaliśmy to ja miałem 40 lat, dzisiaj mam trochę więcej. Zaczynam odczuwać przestrzeń na Scenie Dużej. Jak biegamy po scenie, to kolana mi wysiadają (śmiech). Kiedyś Adam Hutyra mówi: „Wiesz co, jak będziesz mnie podnosił z kanapy, to uważaj bo mnie korzonki zaatakowały”  -A ja: „Daj spokój, ja już nie wstanę sam, bo mi strzeli jedno i drugie kolano”. Ostatnio obliczyłem, że przez te 40 lat to zagrałem cholernie dużo ról. I były tylko 4 przedstawienia, gdzie nie musiałem robić jakiejś ekwilibrystyki związanej z moimi biednymi kolanami, bo zawsze reżyser mówił: „Michałku, ty taki wysportowany jesteś to zrób takieeeeee salto i potem padnij na kolana”. I ja tak padałem, oddany teatrowi … (śmiech)

Czyli trochę Solski już jesteś? (smiech)

Minimalnie!

Wstukując w Google Twoje imię i nazwisko oprócz informacji o Tobie wyświetliło mi się: „Michał Kula” -  freelancer i młody fotograf, rocznik '92,  który karierę zrobił dzięki pająkom ptasznikom,  fotografowanym z  bliska,  drugi to bramkarz Kolejarza Struże, trzeci - wybitny płotkarz! Ale znalazłam także informacje o treści następującej: Michał Kula (60 l.) , aktor „Pitbulla”, ojciec aktora Kamila Kuli (25 l.) przyszły teść Marty Żmudy -Trzebiatowskiej (30l).

M.K: Tak, moja żona, Bożenka niedawno „wygooglowała” to i spytała się: „Czy ja o czymś nie wiem” (śmiech). Nic o synu mi nie wiadomo, więc mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że nie jesteśmy spokrewnieni. Tym samym nie jestem przyszłym teściem Marty Żmudy-Trzebiatowskiej. Mam córkę Kasię, która jest psychologiem i dwie córki przyszywane, z drugiego małżeństwa – Elizkę i Martynę. Martynka gra w naszym Teatrze Ofelię w „Hamlecie”,  a na co dzień jest aktorką Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Dziękuję za tę wyczerpującą odpowiedź. Dziękuję za rozmowę! I życzę Ci kolejnych czterdziestu lat na Scenie!

 

 

 Foto: Piotr Dłubak