Aktualności

Tworzenie postaci jest fascynujące - rozmowa z Antonim Rotem

Tworzenie postaci jest fascynujące - rozmowa z Antonim Rotem

 

Częstochowianie znają go ze znakomitych, wyrazistych ról w spektaklach komediowych, dramatycznych, muzycznych, a także w bajkach.

To skąpy i uparty Johanan Cingerbaj w „Sprzedawcach gumek”, zabawny homoseksualista Bobby w „Mayday”, czarujący właściciel klubu nocnego w „Historiach łóżkowych”, czy pomagający dzieciom Ben Weatherstaff w „Tajemniczym ogrodzie”.  Antoni Rot ma na swoim koncie blisko 100 ról teatralnych i filmowych, w tym roku świętuje jubileusz 30 lat pracy scenicznej.

 

JKT - Po 30 latach pracy w teatrze wiesz już wszystko o aktorstwie?

Antoni Rot

– A ja bym tego nie zawężał do 30 lat. Była przecież szkoła aktorska, czyli kolejne 4 lata pracy na scenie, a wcześniej jeszcze czas marzeń i pracy w liceum, kiedy dwa albo nawet trzy lata razem z moją wychowawczynią pracowaliśmy nad różnego rodzaju tekstami scenicznymi,

tak że doliczyłbym  przynajmniej 6 lat do tych trzydziestu.

Doliczamy i wracamy do pytania. Jak dziś patrzysz na aktorstwo, co zmieniło się

w Twoim podejściu do zawodu? 

- Na pewno nie rozczarowałem się, bo zawsze chciałem być aktorem teatralnym.

Jeżeli chodzi o warsztat, to z biegiem lat nauczyłem się jak lepiej rozkładać pracę w czasie. Zrozumiałem, że jeżeli jest duże zadanie do wykonania, to trzeba wszystkich wyprzedzić, łącznie z reżyserem: w analizie, w nauczeniu się tekstu, w wyobrażeniu sobie tego

w przestrzeni. Trzeba wyprzedzić i proponować - tę wiedzę dało mi doświadczenie.

W kwestionariuszu teatralnym powiedziałeś, że jednym z najważniejszych dni w Twoim życiu był moment dostania się do szkoły aktorskiej. Czy to było trudne do osiągnięcia?

- Bardzo trudne! Dostałem się za trzecim razem. Dwa razy zdawałem do PWST w Krakowie, raz do Szkoły Filmowej w Łodzi i wtedy na szczęście trafiłem w gust komisji egzaminacyjnej. Byłem młodym człowiekiem, który naprawdę chciał uprawiać ten zawód. Czułem ogromną potrzebę grania i dostania możliwości rozwijania się w tym kierunku. Miałem bardzo silne przeczucie, że to jest mój zawód – tylko ten i żaden inny - dlatego niepowodzenia bardzo mnie dotknęły, bolało wręcz całe jestestwo. I jak się dostałem do łódzkiej filmówki, jak poczułem akceptację Jana Machulskiego, aktorów Bogusława Sochnackiego, Jana Zdrojewskiego, Bronka Wrocławskiego, to zrozumiałem, że rzeczywiście jestem w tym gronie. To był - i jest - absolutnie niezapomniany moment.

Dodam, że na studiach nie uroniłem ani jednej chwili, osiągnąłem to, co chciałem.

Dyplom obroniłem w 1987 roku, było to „Wesele” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza,

w którym zagrałem postać Jaśka.

I przyszła pora zawodowej pracy na scenie - najpierw w teatrze w Warszawie, później w Zabrzu, ale z aktorstwa wyrwał Cię nagle wir obowiązku obywatelskiego?  

- Przez półtora sezonu byłem w zespole Teatru na Targówku w Warszawie, to dzisiejszy Teatr Rampa. Do zespołu angażował mnie dyrektor Jan Krzyżanowski, ale kiedy przyszedłem do pracy po wakacjach, to dyrektorem był już Andrzej Strzelecki. Były to czasy, kiedy aktor przyjmowany do pracy, musiał podpisać zobowiązanie, że po roku czy po dwóch latach grania, pójdzie do wojska. I pewnego dnia dyrektor Strzelecki poinformował, że niestety, nie dał rady mnie wybronić i wraz z kilkoma kolegami muszę iść do wojska. Na rok.

Jakim byłeś żołnierzem?

- Na początku wzorowym, a potem coraz mniej chciało mi się tam być. Urodził się syn, do którego chciałem jak najczęściej jeździć, więc starałem się o przepustki, albo…

Czyżby ścigał cię jakiś wyrok za ucieczki?!

- Teraz już nie, ale dostałem ZOMZ, czyli zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania. Szczerze mówiąc zwiewałem non stop. Pewnego dnia jak stanąłem na placu w dwuszeregu - w drugim szeregu żołnierzy - to podszedł do mnie komendant i pyta: A ten to kto? Nie znał mnie, bo tak często uciekałem. Oczywiście, to nie było w porządku wobec kolegów, oni mieli służby i inne obowiązki, ale wiedzieli, że mam syna. Byłem tzw. jedynym żywicielem rodziny, a i tak musiałem pójść do wojska.

 

Do Częstochowy przyjechałeś 25 lat temu, w 1992 roku. Trzy lata później Adam Hanuszkiewicz zrealizował tu „Balladynę” - znalazłeś się w obsadzie głośnego na całą Polskę przedstawienia.

- Tak, ale prawie nic wtedy nie zagrałem!. Sterowałem czołgami. Nie wiem,  czy mnie nie poznał, może nie postarałem się, żeby zagrać coś więcej. Ale zaraz potem było już lepiej, zrealizował „Wesele”, gdzie zagrałem Pana Młodego, potem były „Ballady i Romanse”, „Pan Tadeusz” -  czas wspaniałej współpracy, cudowne dla mnie lata.

Po których nadszedł okres, kiedy prawie wcale nie byłeś obsadzany…

- W życiu są bardzo różne sytuacje i zawsze trzeba liczyć się z konsekwencjami, zwłaszcza, jeśli ma się własne zdanie, ale nie żałuję tego.

A może to jest normalne w zawodzie aktora, że trafia się na twórców, którzy widzą go na scenie, albo nie widzą w swoich projektach?

- Oczywiście, jest tak, ale jest jeszcze coś takiego jak smuga cienia. Wchodzi się w takie dwa, trzy lata zawodowe, kiedy talent odpływa i ludzie to wyczuwają. Podświadomie rozumieją, że powinieneś być na przestoju, bo teraz jest twój trudny okres w życiu - nie tyle w zawodzie - co właśnie w życiu, w istnieniu. Doświadczyłem tego.

Poradziłeś sobie, znajdując dla siebie inny zawód?

- Zacząłem pracować w radiu i zostałem copywriterem, pisałem reklamy radiowe i to w ogromnych ilościach. To była zwykła, codzienna praca od 8 do 14.00. Znalazłem w tym dużą przyjemność, rozwinąłem warsztat krótkich form - nazwijmy to literackich - gdzie wyobraźnia też jest bardzo potrzebna. I nadal to robię, oczywiście w ograniczonym stopniu.

Czy aktorstwo to zawód w którym trzeba starać się o pracę?

- Ja nie staram się o role. Przytoczę anegdotę, jaką jeszcze na studiach opowiedział nam Józef Para, aktor, wykładowca, który uczył nas interpretacji wiersza. Przyjeżdżaliśmy do niego na zajęcia do Teatru Dramatycznego w Warszawie i właśnie tam, na scenie, powiedział, że marzeniem wielkiego aktora Jana Świderskiego, było zrealizowanie „Romulusa Wielkiego” Friedricha Duerrenmatta. I jak został on dyrektorem Teatru Dramatycznego w Warszawie, to zadecydował o tej inscenizacji, zagrał rolę tytułową i tę rolę totalnie położył. Zapamiętałem morał, dlatego wolę być obsadzony przez kogoś, niż miałbym sam siebie obsadzać, marzyć o czymś nierealnym i wciskać się na siłę. Czasami nasze aktorskie rojenia mijają się z tym, jak nas postrzegają inni.

Ale o role w bajkach zabiegałeś…

- Tu rzeczywiście trochę się postarałem. Powiedziałem kiedyś dyrektorowi Dorosławskiemu, że jak będzie zbierał obsadę do bajki, to mogę zagrać nawet mech…

?

- Bardzo chciałem grać w spektaklach dla dzieci. Traktuję tę pracę  bardzo poważnie i wiem, że nie wolno oszukiwać dzieciaków, bo to są ich pierwsze odczucia kontaktu z teatrem. Sam, jako  kilkuletnie dziecko, oglądałem „Zielonego gila” w Gliwickim Teatrze Muzycznym

 i wiem, jak wielkie i ważne to było przeżycie od strony plastycznej i ruchowej. Treść nie docierała do mnie tak mocno, ale aurę, tajemniczość i bajkowość teatru zapamiętałem na wiele lat.

Jak pracujesz nad rolą?

- To jest zawsze wypadkowa intuicji, przeczuć, snów, pragnień, intelektualnych analiz, wnikania w tekst. Jak się już przejdzie na tę drugą stronę tekstu, czyli wejdzie się głębiej, dotrze do intencji, do tego, co kierowało autorem, gdy pisał takie a nie inne słowa, to tam jest źródło, to otwierają się nowe przestrzenie, stajesz się inny i zaczynasz żyć kimś, i ten ktoś powstaje.

Lubisz właśnie ten moment pracy, czy już samo granie?

- Tworzenie postaci jest fascynujące, ale granie pozwala na to, żeby jeszcze głębiej wejść w opowieść. Każdy spektakl z widownią to jest coraz dalsza podróż z postacią. Tak było z rolą  Bena w „Tajemniczym ogrodzie”, tak jest z doktorem Kwiecistym w „Mieście Szklanych słoni”*. Jak się wejdzie głęboko w temat, to zapomina się o sobie i zaczyna się żyć tym kimś. Użyczamy swojej psychiki, swojego ciała postaciom i stajemy się kimś innym na te półtorej czy dwie godziny. I mam swoją filozofię - bardzo nawiedzoną - na ten temat, że czas, który poświęcamy postaci na scenie, nie wlicza się do naszego życia. Może dlatego aż tak szybko nie starzejemy się fizycznie? Ale to tylko taka moja teoria….

 

Dzięki roli doktora Kwiecistego chyba nawet cofnąłeś swój wiek, bo jak sam przyznałeś,  aby dojść do tej postaci, musiałeś pokonać bardzo długą drogę.

Jak opisałbyś swojego bohatera?

- Jest w tej chwili dużo modnych sposobów na leczenie przez afirmację. Ludzie wybierają jakiegoś lekarza, bo wierzą w to, że tylko on potrafi im pomóc – ufają w jego nadludzką aurę. I taki jest Doktor Kwiecisty z „Miasta Szklanych Słoni”. On chciałby wyleczyć świat z błędów. Widzi jego chorobę i odczuwa, że wszystko zdąża w złą stronę, ale cierpliwie udoskonala swoich pacjentów, pokazuje, że życie może być o wiele bogatsze i że każdy ma prawo do afirmacji siebie, do odczuwania innych emocji. To jest taki lekarz cudotwórca -  nie wie jak to wszystko robi, ale wie, że ma władzę także nad naturą, bo te cuda mu wychodzą. Do czasu. To jest bardzo aktorskie przedstawienie, wspaniały zespół, który wykonał ogromną pracę i mam nadzieję, że za tym spektaklem pójdzie widz.

Dziękuję za rozmowę.

 Foto: Piotr Dłubak

 
Antoni Rot - absolwent Wydziału Aktorskiego łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera. Aktor Teatru Studyjnego w Łodzi,  Teatru na Targówku w Warszawie (1987 – 1989), Teatru Nowego w Zabrzu (1990 – 1992).

Z częstochowskim Teatrem związany od 1992 r.

W 2015 roku został nominowany do nagrody "Złota Maska" za rolę Johanana Cingerbaja

w spektaklu "Sprzedawcy gumek" Hanocha Levina w reż. Andrzeja Bartnikowskiego.

W 2017 roku Antoni Rot świętuje jubileusz 30 lat pracy aktorskiej.