Aktualności

Antoni Rot w ogniu pytań!

Antoni Rot w ogniu pytań!

O uszach nietoperza, tak zwanych błędach młodości i o tym jakie i wobec kogo artysta ma obowiązki!

Antoni Rot, aktor częstochowskiego teatru, odpowiada na pytania kwestionariusza kulturalnego:

Kim jestem?

- Mężczyzną, człowiekiem, aktorem, mężem, ojcem, dziadkiem.

 Co jest najważniejszym osiągnięciem mojego życia?

- Rodzina. W drugiej kolejności prawie 100 ról teatralnych, fajny samochód, dom i mnóstwo, mnóstwo płyt winylowych.

W czym jestem dobry?

- W tym co robię zawodowo. Świetnie potrafię też pracować z młodzieżą - oni dają mi znak, że tak jest. W ciągu 30 lat nie położyłem żadnej roli, grałem lepiej lub gorzej, ale żadnej nie położyłem. Dobrze gotuję, choć repertuar moich potraw nie jest zbyt szeroki. I chyba jestem dobrym mężem.

Co chcę osiągnąć?

- Absolutną dojrzałość zawodową. Po drugie doczekać się wnuków od wszystkich moich trzech synów. I jeszcze chciałbym zagrać w filmie fabularnym, ale tak dobrym, że klękajcie narody!

Co chciałbym w sobie zmienić?

- Niepewność siebie – chciałbym się jej pozbawić. Pewnie daje mi ona pewien zasób skromności zawodowej, która jest potrzebna, ale tak naprawdę męczę się z tym.

Najważniejszy dzień w życiu?

- Dostanie się do szkoły aktorskiej i piękne słowa Juliusza Machulskiego na egzaminie, których nie zapomnę. I moment zakochania się w mojej żonie, w jej śmiechu perlistym.

Kim jest mój Bóg?

- Mój Bóg jest dobry, wybaczający, miłosierny, łagodny, wpuszczający do swojego serca - jest moją przyszłością – mam nadzieję.

Co bym powiedział Bogu, gdybym teraz przed nim stanął?

- Kocham Cię.

Błąd, który popełniłem

- Za dużo dziewczyn było w okresie „młodzieżowym”…

Z czego jestem dumny jako Polak?

- Jako Polak? Hm, może z tego, że Polska w ciągu ostatnich 25 lat tak się zmieniła, tak podniosła gospodarczo.

Co daje sława?

- Nie wiem, nie jestem sławny. Ale myślę, że sławę trudno utrzymać. Cały czas trzeba ją zasilać i dbać o nią. Sława to też obciążenie i odpowiedzialność ogromna. Tak jak powiedział kiedyś Daniel Olbrychski, zagrać bardzo dobrze jakąś rolę, zdobyć sławę, to chwała, ale każdą następną powinno się już potem zagrać przynajmniej na tym samym poziomie, bo nazwisko zobowiązuje. A tu może się zdarzyć, że nie trafi się na odpowiedni materiał literacki do budowania postaci i można polec.

Jak dbam o siebie?

- Codziennie raniutko myję się, kąpię, golę regularnie… A biorąc rzecz poważnie, myślę bardziej o stanie psychicznym, o domu, w którym pion powinien być pionem, poziom poziomem, gdzie wychowanie dzieci ma być takie a nie inne, gdzie trzeba sobie zawsze pomagać. 

Teatr to dla mnie?

- Trzy czwarte życia. I nie zamieniłbym go na żaden film, chyba że na ten jeden, o którym mówiłem wcześniej, ten taki megadobry!

 Czy artysta ma wobec kogoś obowiązki?

- Wobec widza. Jest zobowiązany do tego, żeby nie tyle się podobać, ile stworzyć coś, pod czym może się uczciwie podpisać – jest zobowiązany do rzetelności.

Do czego potrzebni są artyści?

- Żeby życie było piękniejsze, może trochę lżejsze, żebyśmy nie myśleli o śmierci.

Ulubiony bohater dramatyczny, którego gram?

- Ben Weatherstaff w „Tajemniczym ogrodzie” - ciągle do niego dojrzewam i dochodzę do jego lat, Boby Franklin w „Mayday” - uwielbiam go grać. Z ostatnich ról to doktor Kwiecisty z „Miasta Szklanych Słoni”. Włożyłem w tę rolę bardzo dużo wysiłku i mam dużą satysfakcję.

Ulubieni bohaterowie literaccy?

- Ojciec Goriot w powieści de Balzaca, postać ojca w „Sklepach cynamonowych” Bruno Schulza, profesor Wilczur w „Znachorze” – tacy rzetelni i mocno kochający ludzie. Ale lubię też tych bardzo „pogiętych” wewnętrznie, na przykład Popryszczyna z „Pamiętnika wariata” Gogola.

Czego nie cierpię ponad wszystko?

- Nadmiernego luzactwa, abnegacji, ignorancji i arogancji.

Jaki jest mój ulubiony dźwięk?

- Lubię bardzo wysokie rejestry. Uwielbiam tony typu uderzany piórkiem talerz w perkusji, takie bardzo syczące, wysokie dźwięki. Nawet zbudowałem sobie specjalne urządzonko, które zakłada się na głowę, żeby usłyszeć więcej niż przeciętnie słyszymy. Takie uszy nietoperza sobie zrobiłem.

Dźwięk, który mnie drażni?

- Sygnały karetki pogotowia, straży pożarnej, te które niosą ze sobą komunikat o czyjejś tragedii, o czymś złym, co się komuś właśnie dzieje.

Nie mógłbym żyć bez…

- Mojej żony.

Słowo – wyrażenie,  którego nadużywam…

- No i!

Zdanie o mnie, które zapamiętałem?

- Nie pamiętam. Ja nie myślę tak egoistycznie. Nie jestem skupiony na sobie, choć może

z  wywiadu to nie wynika, ale nie jestem skoncentrowany na tym, co o mnie mówią. Na pewno jestem na to uwrażliwiony, ale szybko też zapominam, więc nie pamiętam takich zdań.

Dla miłości mogę zrobić….

- Mógłbym skoczyć z wysokości 40 metrów do wody i prawdopodobnie bym się zabił.

Bohaterstwo to dla mnie…

- Pokonanie strachu. Bohater to ktoś, kto czuje bardzo mocno lęk, ale brnie w to coś, co ma zrobić. Wychodzi z tego cało albo nie, ale ratuje kogoś, może jakąś sprawę…  

Kiedy decyduję się na kompromis?

- Cały czas.  Kompromis to jest coś, z czym umiem żyć.

Dar natury, który chciałbym posiadać

- 15 centymetrów wzrostu więcej,  byłoby mi o wiele łatwiej na castingach.

Co wzbudza we mnie lęk?

- Uzależnienia. Rzuciłem papierosy, wiem jakie to jest trudne, boję się alkoholizmu. Ja nie sięgam po używki ze strachu.

Obecny stan mojego umysłu.

- Raczej jasność, może częściowo dzięki asparginowi. Magnes i potas, które przyjąłem przed wywiadem.

Kim chcę zostać w pamięci innych ludzi?

- Fajnym człowiekiem. Jednak z drugiej strony nie ma nic gorszego jak być fajnym, więc staram się nie przesadzać z tą fajnością.

Motto życiowe?

- Takie hasło wyświetliło mi się, że „zazdrość jest duszą miłości”, ale nie żebym hołdował temu zdaniu, po prostu mocno utkwiło mi w pamięci. I często powtarzam, między innymi przy pracy z młodzieżą: "Powoli, powoli, bo się motorek spoli...".

 

 

 

 Foto: Piotr Dłubak